1 Obserwatorzy
23 Obserwuję
leniwiecliteracki

Leniwiec Literacki

Ciernik i Pokrzywnica na tropie. Pożeramy książki z niszowych wydawnictw oraz dzieła wydane w małych nakładach przez samych autorów.  Selfpublishing nie nadaje się do jedzenia? Zobaczymy!

Blog Roku 2014!

Pokrzywnica: Pamiętasz, jak w zeszłym roku braliśmy udział w konkursie na Blog Roku?

 

Ciernik: Jasne. Fajnie było. A pamiętasz te żółte kulki?

 

Pokrzywnica: Pewnie! Wystartujemy znów?

 

Ciernik: A nie jesteśmy na to zbyt leniwi?

 

Pokrzywnica: Chyba jesteśmy. Ale to nic. Wystartujmy w kategorii: Najbardziej Leniwy Blog Roku 2014!

 

Ciernik: Nie ma takiej. Znalazłem tylko: Literackie i kulturalne.

 

Pokrzywnica: Hm. Literaccy to my, owszem, jesteśmy, ale czy wystarczająco kulturalni?

 

Ciernik: Ależ oczywiście!

 

I wystartowaliśmy. A teraz wszystko w Waszych rękach!

Jeśli chcecie zagłosować na kulturalnego Leniwca Literackiego, możecie to zrobić, wysyłając SMS o treści: J11416 (nie mylić z J23!) na numer: 7122.

Możecie również zagłosować na naszą dyskusję o „Chińskim maharadży” Wojtka Kurtyki zgłoszoną w kategorii: Tekst roku. SMS o treści: T12172 na numer 7122.

 

Koszt SMS-a wynosi 1,23 zł. brutto.

 

Dochód z SMS-ów zostanie przekazany Fundacji Dzieci Niczyje pomagającej dzieciom – ofiarom przemocy. Można głosować także na inne ciekawe blogi. Zachęcamy!

 

Głosowanie będzie trwało do 10 lutego 2015, do godziny 12.00.

Łukasz Błaszczyk „Miesiąc miodowy w Blachowni”

Miesiąc miodowy w Blachowni - Łukasz Błaszczyk

Upolowane:  Łukasz Błaszczyk „Miesiąc miodowy w Blachowni”, e-book

 

Pokrzywnica: Polubiłam Psa Łańcuchowego. Zaczajam się na daszku, a kiedy on patrzy w inną stronę, to mu wydziobuję z miski to, co akurat tam ma. Tym razem miał miskę blaszaną, pełną miodu.

 

Ciernik: Zacny miód. Tylko niezbyt słodki.

 

Pokrzywnica: Gorzki, bo prawdziwy. Życie takie jest.

 

Ciernik: Smutne jest to życie w Polsce, gdzie człowiek wciąż musi się użerać z rzeczywistością.

 

Pokrzywnica: Polska nie ułatwia, to fakt. Te podatki, ten klimat… Ale my sobie nawzajem też nie ułatwiamy. Widzimy dziwactwa innych, ich jazdy, fazy i śmiesznostki. Irytujemy się, krytykujemy, wyśmiewamy. Patrzymy na ludzi płyciuteńko, tylko z wierzchu. Nie myślimy o korzeniach tego wszystkiego – skąd się te dziwactwa biorą, co oznaczają, co się pod nimi kryje. Nie chce nam się, za duży wysiłek. Chichoczemy, patrząc na ojca bohatera „Miesiąca miodowego w Blachowni”, ale ten chichot nam utknie w gardle, gdy dotrzemy do końca powieści. Dopiero wtedy zrozumiemy.

 

Ciernik: Jak w życiu. Zrozumiemy na chwilę, a potem zaraz wrócimy do swoich najważniejszych, bo  najbardziej własnych „racji”.

Z jednej strony ta książka przypomina „Gwelfów i gibelinów” Pawła Sajewicza – ma podobną strukturę, nawet tytuły rozdziałów. Z drugiej – jest bardzo nierówna. U Sajewicza mieliśmy co jakiś czas mocne, czasem kontrowersyjne sceny, a tutaj po męczącym, a nawet trochę nudnym początku mamy piorunujący koniec. Tu jest po prostu mniej literatury, a więcej życia.

 

Pokrzywnica: Wydaje mi się, że Paweł Sajewicz jest bardziej świadomy artystycznie, on dobrze wie, co chce zrobić odbiorcy. Łukasz Błaszczyk na razie pisarsko prezentuje się trochę gorzej, ale nadrabia szaleńczą odwagą. No, i jest bardziej introwertyczny – autor „Gwelfów i gibelinów” biegał ze szkłem, którym kaleczył odbiorców, a twórca „Miesiąca miodowego w Blachowni” staje przed lustrem i robi harakiri. To jest to, co na własny użytek nazwaliśmy „pisaniem flakami”, czyli prosto z wnętrza.

 

Ciernik: Strasznie mnie przygnębiły te flaki, a końcówka wyciskała łzy. Całe szczęście, że są też wątki humorystyczne, jak przygody Gonza ze skarbówką. Warto było przemęczyć się z tym początkiem – opisem dzieciństwa bohatera.

 

Pokrzywnica: Ale ten początek, właśnie taki, trochę nużący, ma sens. Jest potrzebny.

 

Ciernik: Wiem. Ale to jest ryzykowne dla autora, bo jednak w dzisiejszych czasach początek książki powinien zassać od razu. Czytelnik ocenia po kilku stronach, czasem nawet akapitach. Ma ogromny wybór i ceni wysoko swój czas. A dobry pisarz umie nawet o rzeczach potencjalnie nudnych opowiedzieć ciekawie. Tutaj wygląda to tak, jakby autor dopiero się rozkręcał.

 

Pokrzywnica: Tylko zauważ, że wszystkie informacje, które dostajemy na początku, są niezbędne do zrozumienia całej reszty.

 

Ciernik: Tak, ale jeśli czytelnik nie wytrzyma i się podda, to żadnej reszty nie będzie. Zgadzam się, że to wszystko, co się dzieje w tej początkowej części, jest ważne. Ale to nie zmienia faktu, że monotonne.

 

Pokrzywnica: Zauważyłbyś, jak bardzo Gonzo jest podobny do ojca, gdyby nie ten początek?

 

Ciernik: Fakt. Jest bliźniaczo podobny.

 

Pokrzywnica: Dużo się w książce zmienia, gdy bohater przechodzi z dzieciństwa w okres nastoletni. Wtedy pojawia się piękna i świetnie skonstruowana postać drugoplanowa – Foka. A razem z nim odkrycie, że zamiast przybierać pozę, można w życiu mówić prawdę, bo i tak nikt się nie zorientuje, więc po co się wysilać? No, i Foka daje bohaterowi impuls do rozpoczęcia różnych ważnych rzeczy – pisania, związku z kobietą. Bohater to wszystko bierze i idzie sobie dalej, jak gdyby nigdy nic, a Foka nie dostaje nic w zamian. Zrobił swoje, może odejść. I znika. Przemija jak meteor. Epizod.

 

Ciernik: Główny bohater próbuje wtedy wejść w rolę trickstera – błazna, któremu wolno mówić prawdę, nawet niewygodną, bo ujętą w cudzysłów żartu. Autor świetnie pokazał tutaj potrzebę bycia zrozumianym, pragnienie otwarcia się przed drugim człowiekiem i chęć przynależności. Jest to także próba zintegrowania Cienia, scharakteryzowana jednym celnym zdaniem: „Znacznie gorzej być wyśmianym niż pobitym”. A przecież błazna nie da się wyśmiać.

 

Pokrzywnica: Później jednak bohater porzuca kostium żartownisia.

 

Ciernik: Tak. Staje się rodzicem dla młodszego brata i czymś w rodzaju kleju rodzinnego – próbuje spajać tych podzielonych ludzi w jakąś całość.

 

Pokrzywnica: Ale klej nie działa, bo te elementy w ogóle do siebie nie pasują. Opisana rodzina nie stanowi żadnej całości i nigdy nie stanowiła. Oni są jak klocki z różnych kompletów – w środku budowli zostają dziury, których nie da się niczym wypełnić, a kanty i wypustki sterczą na zewnątrz.

 

Ciernik: Rodzice, którzy są tak naprawdę odpowiedzialni za niepowodzenie tego układu, właśnie na zewnątrz szukają winy. Szczególnie ojciec. Autor zresztą świetnie oddaje te zwyczajne, na poziomie wypowiadanych słów niewiele znaczące, codzienne rozmowy o tym samym, zawsze w taki sam sposób prowadzone. One są hipnotyzujące w swojej monotonii, ale przecież wyczuwamy te ukryte komunikaty w tle: żal, poczucie winy, frustracja, krzywda.

 

Pokrzywnica: Tak, masz rację – temu ojcu, jak złej baletnicy, zawsze przeszkadza jakiś rąbek spódnicy. Ale to jest chyba efekt wymogu „twardzielstwa”, jaki społeczeństwo stawia mężczyźnie. On nie może powiedzieć wprost: przegrywam, nie daję rady. Musi na kogoś zwalić winę, żeby nie powiedzieć głośno, że jest słaby, bo to mu się wydaje katastrofą. Potem Gonzo też się tak usprawiedliwia – za nic w świecie nie chce iść do tej skarbówki, ale się nie przyzna i będzie mówił, że nie może, że nie ma czasu, że okoliczności… A jeszcze u ojca uderzyło mnie to powtarzające się: Już, zaraz, za chwilę, stanie się coś, co wszystko odmieni – nowy kontrakt, nowa praca, nowa umowa, nowa kobieta, już, już, zaraz, lada moment… Niby śmieszne, ale zastanawiałam się, czy on nie żyje właśnie dzięki temu już zaraz, dzięki tej wciąż powracającej mrzonce. Tego u Gonza już nie ma. U głównego bohatera też chyba nie. U bohatera jest impuls, który zapoczątkował Foka i wydaje się, że właśnie pisanie, jest tym, czym dla ojca były kolejne, wciąż rozpoczynane na nowo przedsięwzięcia biznesowe. A Gonzo? Widzisz u niego jakąkolwiek siłę, cokolwiek, co trzyma go przy życiu?

 

Ciernik: Gonzo zabija wirtualne smoki. Jego przedsięwzięcia pozostają na etapie deklaracji. Nie wiemy, czy mają jakiekolwiek odzwierciedlenie w faktycznych działaniach. Fantazje ojca kierują się w stronę realnego świata – może to i myślenie życzeniowe, magiczne, ale jednak jest to próba okiełznania rzeczywistości. U Gonza już nawet tego nie ma. Gonzo to kolejny etap ucieczkowej ewolucji. Ucieczki od życia, które nie ma młodym nic do zaoferowania poza bezsensowną szarpaniną.

 

Pokrzywnica: A może on ma rację? Przywykliśmy myśleć, że podatki i formularze to prawdziwe życie, a polowanie na wirtualne smoki – nie. Dlaczego nie? Może zabijanie smoków ma więcej sensu niż skarbówka?

 

Ciernik: Tylko że życia nie da się załadować jeszcze raz i zacząć od nowa. Chyba że tym „od nowa” mają być nasze dzieci. Ale takie myślenie to pułapka. Właśnie o tym jest ta książka – o jabłku i jabłoni, o tym, jak rodzice warunkują swoje dzieci, często nieświadomie.

„Miesiąc miodowy w Blachowni” Błaszczyka, mimo pewnych podobieństw, ładnie się różni od „Gwelfów i gibelinów” Sajewicza. Różni się i uzupełnia obraz. Czasy PRL-u zostały pokazane u Sajewicza z męskiej perspektywy, autor dał tam więcej informacji o tle społecznym i ekonomicznym, żebyśmy zrozumieli, dlaczego było tak, a nie inaczej. W „Miesiącu miodowym…” tamte czasy są opisywane z punktu widzenia kobiety, z poziomu uczuć i relacji, a to jest zupełnie inny widok.

 

Pokrzywnica: Dla mnie książka Łukasza Błaszczyka to przede wszystkim opowieść o zostawianiu śladów. O tym, jak pojawiamy się, odciskamy swoją pieczęć w tych, których spotykamy (nie tylko we własnych dzieciach, ale nawet w tych ludziach, z którymi jesteśmy tylko przez chwilę) a potem przemijamy. I te nasze ślady niekoniecznie są takie, jakich byśmy sobie życzyli. One powstają pomimo naszych starań, a czasem nawet jakby przeciwko nim. Wszyscy rzeźbimy w sobie nawzajem, czasem przyjemnie, czasem boleśnie, często przypadkowo i niechcący. Chyba przydałoby się nam więcej uważności, świadomości, że nasze wybory kształtują nie tylko nas, ale także tych, którzy się z nami zetkną. Te godziny, które spędzamy na zabijaniu wirtualnych smoków albo na czymkolwiek innym, mają znaczenie dla świata. I ma znaczenie wiele z tych banalnych słów, które rzucamy od niechcenia komuś tam w nieważnej (z naszego punktu widzenia) rozmowie.

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/lukasz-blaszczyk-miesiac-miodowy-w-blachowni

Krzysztof Bielecki „Defekt pamięci”

Defekt pamięci - Krzysztof Bielecki

Upolowane: Krzysztof Bielecki „Defekt pamięci”, e-book

 

Pokrzywnica: Mamy ostatnio niezłą huśtawkę: „Gwelfów i gibelinów” Pawła Sajewicza – wysoko nad korony drzew, potem „Kune” Tomasza Hipsza – niziutko po ziemi, a teraz „Defekt pamięci” Krzysztofa Bieleckiego. Przy tej książce omal nie wyleciałam z huśtawki w kosmos! Dobrze, że umiem fruwać! Ostrzegam: to jest lektura tylko dla tych, co nie boją się latać.

 

Ciernik: Ja również jestem pod ogromnym wrażeniem! Czułem się, jakbym czytał „Ubika” napisanego pod wpływem gigantycznej dawki eliksiru Hoffmana.

 

Pokrzywnica: Tu nie było żadnych eliksirów. To po prostu warsztat. Bardzo dobry warsztat literacki. Nie potrzeba narkotyków, nie potrzeba sportów ekstremalnych, nie potrzeba szaleństwa. Wystarczy literatura. Wystarczy biegłość w przeplataniu słów, zdań i scen. Wola. Determinacja. Konsekwencja. Jeśli to potrafisz, to możesz skręcić mózg czytelnika w korkociąg. Zachwycające!

 

Ciernik: Nie inaczej. W tym szaleństwie jest zbyt dużo metody, żeby mogło to być dziełem narkotycznego lotu. Mamy tu do czynienia z mistrzowskim operowaniem paradoksami i wręcz matematyczną logiką. Autor żegluje na falach chaosu z niebywałą wprawą. Dlaczego w naszym kraju pisze się niewiele takich książek? Brak odwagi czy jednak brak umiejętności?

 

Pokrzywnica: Jedno i drugie. Żeby tak pisać, trzeba mieć naprawdę dobry warsztat (wiele, wiele godzin spędzonych na pracy z tekstem) i ogromną determinację. No, i przydałaby się jeszcze wyobraźnia! Chyba niewielu jest ludzi w to wszystko wyposażonych i jeszcze dysponujących wolnym czasem na pisanie.

Znalazłam wywiad z Krzysztofem Bieleckim na blogu Książki Meme: http://ksiazki-meme.blogspot.com/2013/05/wywiad-z-krzysztofem-bieleckim-autorem.html
Warto przeczytać. Polecam zwłaszcza tym, którzy sami tworzą. Tym, których bohater „Defektu Pamięci” nazwałby Piszącymi. Przypuszczałbyś, że można napisać dobrą, a nawet świetną, książkę o pisaniu? I to taką, która, będąc książką o pisaniu, wcale nie jest o pisaniu?

 

Ciernik: Ktoś (chyba Jerzy Pilch) powiedział kiedyś, że pierwsza książka zawsze jest mocno oparta na faktach z życia autora, a druga mówi o tym, jak się pisało pierwszą. Do takich autorów i takich książek zawsze podchodziłem jak do jeża. W tym przypadku również poczułem na początku te obawy, ale autor szybko rozwiał moje wątpliwości.

 

Pokrzywnica: Bo Krzysztof Bielecki doskonale wie, co robi. Panuje nad tekstem od pierwszego do ostatniego zdania. Może jedynie ortografia mu się kilka razy wymknęła spod kontroli („Wkładam jednego w usta i zaczynam rzuć” albo „Mężczyzna nacisną na klamkę”) ale to tylko potwierdza tezę, którą głoszę tu od początku, że nawet najlepszy autor bez wsparcia cudzego oka potknie się prędzej czy później. Natomiast jeśli chodzi o treść – twórca „Defektu pamięci” trzyma wszystko w garści w sposób absolutnie imponujący! Opowieść wciąga, wsysa, przeżuwa i wypluwa Cię w stanie, w którym zaczynasz się zastanawiać, czy aby na pewno jesteś tym, kim jesteś. Bo przecież równie dobrze mógłbyś być księżycem Saturna…

 

Ciernik: …albo złym demiurgiem z nauk gnostyckich heretyków. Wszystko jesteś w stanie sobie wmówić, byle tylko znaleźć przyczynę dla skutku.

Zastanawiam się, jak wyglądało tworzenie „Defektu pamięci” od strony czysto warsztatowej. Wyobrażam sobie autora stojącego naprzeciwko gigantycznego i przeraźliwie skomplikowanego schematu, narysowanego na ścianie dziesiątkami kolorów i opisanego kilkoma krojami pisma, zrozumiałego tylko dla twórcy. Bo jeśli to wszystko powstało tylko w jego głowie i bez żadnej pomocy zostało przeniesione na ekran komputera, to… zaczynam się bać.

 

Pokrzywnica: Ty się wcale nie zaczynasz bać! Ty się właśnie bać przestajesz! Bo ja myślę, że właśnie tak było. Wszyscy tak umiemy! Tylko się boimy. Krzysztof Bielecki się nie boi, on po prostu ma odwagę stanąć oko w oko z własnym umysłem! A my, czytając, wymiękamy, bośmy słabi jak trzcinki na wietrze. Ale takie jednak zachwycone trzcinki, więc chciałoby się jeszcze. I będzie jeszcze, bo autor „Defektu pamięci” pisze dalej – napisał, na przykład, zbiór opowiadań pod tytułem „Rekonstrukcje”. Przeczytasz? Czy się boisz?

 

Ciernik: Przeczytam, bo się boję.

 

Pokrzywnica: A ja przeczytam, bo się nie boję. Nie ma nic lepszego od umysłu, który fruwa. Nie ma lepszej przestrzeni do fruwania niż dobra literatura!

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/krzysztof-bielecki-defekt-pamieci

Marta Gruzło „Gorsza”

Upolowane: Marta Gruzło „Gorsza”, e-book

 

Pokrzywnica: Co myślisz o króciutkim zbiorku szortów Marty Gruzło?

 

Ciernik: Oniryczne, fantazyjne, ale w sumie o niczym. Autorka potrafi namalować obrazy, ale trudno powiedzieć, co one właściwie przedstawiają i po co zostały stworzone. Jakbym widział nudzące się dziecko, które jeszcze nie wpadło na pomysł, w co się chce bawić.

 

Pokrzywnica: Moim zdaniem to są niezłe teksty, ale nie widzę żadnego sensu w kompozycji tego tomiku. Żadnego klucza. Na przykład tytułowa „Gorsza”– naprawdę dobry szort, ale w tej książce pozostaje zupełnie ukryty. A przecież mógłby znaleźć czytelników (odpowiednich, umiejących docenić krótką formę czytelników) choćby na Szortalu. Ostatnie w zbiorze „Stworzonka” też są całkiem ładne, przypominają mi niektóre opowiadania Cortázara. Może spodobałyby się w Esensji? Opowieść o zimie brzmi z kolei jak bardzo dalekie echo Dukajowej „Katedry”– myślę, że byłaby to ciekawa propozycja dla któregoś z portali fantastycznych. A tak – wszystko razem, w jednym zbiorku… Śledź, mydło i powidło. Żaden z tekstów nie przemawia do odbiorcy tak, jak mógłby, żaden nie wykorzystuje swojego potencjału.

 

Ciernik: A ja dochodzę do wniosku, że szorty jednak są nie dla mnie. Szczególnie, jeśli nie mają mocnego zakończenia. Te zamieszczone w „Gorszej” przeszły przeze mnie, nie pozostawiając żadnej refleksji. Ale doceniam umiejętności warsztatowe autorki.

 

Pokrzywnica: A jak oceniasz pomysł wydawania takich krótkich e-booków? Czy to dobrze, kiedy e-book ma kilkanaście, dwadzieścia parę stron? Tomik Marty Gruzło liczy 25 stron.

 

Ciernik: Myślę, że to fajny pomysł, szczególnie jeśli będzie można takie krótkie e-booki wypożyczyć w ramach jakiegoś miesięcznego czy nawet rocznego abonamentu. Niedługo ma ruszyć z taką ofertą Matras, dając nie tylko możliwość dostępu do e-booków w ramach abonamentu (to proponują już między innymi Legimi i Orange), ale również oferując własny czytnik. Wtedy będzie można sobie spokojnie takie pozycje pobrać, zapoznać się z twórczością autora i zdecydować: czy lepiej szybko połknąć i zapomnieć, czy do e-booka wrócić, pomedytować nad nim, może kupić coś większego danego twórcy. Oczywiście najlepiej by było, gdyby takie tomiki „na zachętę” miały jakąś myśl przewodnią, ale nawet i bez niej mogą być atrakcyjne dla czytelników.

 

Pokrzywnica: Czytaliśmy już takiego krótkiego e-booka: „Ścianę” Andrzeja Dudzińskiego. I tam widziałam sens w tej krótkości, w samotności, wyłączności tego opowiadania. Ono ładnie wybrzmiało w takiej osobnej formie i miałam wrażenie, że gdyby zostało zamieszczone w jakimś zbiorze, to coś by straciło.

Natomiast u Marty Gruzło jest odwrotnie – te szorty osłabiają się nawzajem, zakrzykują się. Lubię miniatury i hasło „zbiór szortów” brzmi dla mnie atrakcyjnie. Ale szort to jest precyzyjna robota i jeżeli używa się krótkich opowiadań jako cegiełek do budowy zbioru, który jest pewną całością, to trzeba te cegły dobrze poukładać. Tutaj się to nie udało. Wygląda to tak, jakby autorka podeszła do tworzenia tomiku na zasadzie: „dam, co mam” i chociaż same cegły są całkiem niezłe, to wyszedł z tego zamek Gargamela. Może lepiej by było poczekać, uzbierać więcej tekstów, zrobić porządną selekcję tematyczną i dopiero wydawać e-booka?

 

Ciernik: A może powinno się do tego tomiku podejść jak do zbioru koanów? Czytać je pojedynczo, w oderwaniu od siebie, jeden na kilka dni, żeby dać sobie czas na rozsmakowanie i refleksję? Może mój pęd do połknięcia całego tomiku naraz pozbawił mnie czegoś ważnego? Może coś przeoczyłem?

 

Pokrzywnica: Pytanie tylko, czy ten zbiorek sprawił, że będziesz chciał przeczytać go jeszcze raz? Coś Ci zostawił? Zaderkę, klamerkę, szczypczyki? Przyciągnie Cię ponownie? Produkcja szortów to sztuka. A układanie ich w zbiory to sztuka wcale nie mniejsza. Przez złą kompozycję całości te teksty mogą nie dostać już drugiej szansy w walce o Twoją uwagę. Po prostu je zapomnisz.

 

Ciernik: Tak się zapewne stanie. Nie wrócę już do „Gorszej”. Ale mam nauczkę: uświadomiłem sobie, że i mnie nie ominęła mania pośpiechu i makdonaldyzacja.

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/marta-gruzlo-gorsza

Tomasz Hipsz „Kune”

Upolowane: Tomasz Hipsz „Kune”, e-book

 

Ciernik: Nie bij, proszę! Wiem, że to ja polowałem, ale przecież… każdemu może się zdarzyć!

 

Pokrzywnica: Bo miała ładną okładkę.

 

Ciernik: I stronę. To jedyne walory przedsięwzięcia zwanego „Kune”. A Ty jak myślisz?

 

Pokrzywnica: Myślę, że to jest bardzo niedobra książka. Ale nie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie powinna była ujrzeć światła dziennego. Bo to przecież dobrze, że ludzie wykorzystują wyobraźnię, fantazjują, wymyślają historie i piszą książki. Tylko co zrobić, kiedy te książki są koszmarne?

 

Ciernik: Nie czytać! Nie kupować!

Cóż, takie są uroki selfpublishingu. Nie można tego zabronić. „Kune” to nawet nie jest wcześniak, to jest potworek, ale przecież nigdy bym nie powiedział, że książka nie powinna ujrzeć światła dziennego, bo zaprzeczyłbym idei SP.

 

Pokrzywnica: Tę książkę, bez najmniejszych wątpliwości, odrzuciłoby każde wydawnictwo. Jest bardzo źle napisana, autor nie zna zasad ortografii (używa wielkich liter w zaimkach, jakby pisał list, przez całą książkę). Nie umie budować poprawnych zdań. Znajdziemy tam, na przykład, takie cuda: „Doznałem olśnienia – przecież mamy jeszcze ktoś, którego pobyt na terenie stacji może okazać się niebezpieczne”. Stylistycznie bardzo słabo, napięcie żadne, humor drewniany. Nie ma ciekawych postaci, nie ma interesującej fabuły, no, nic nie ma po prostu… Książka bez żadnych zalet.

 

Ciernik: I żadna redakcja by tu nie pomogła. „Kune” już nic nie pomoże. Autorowi mogłoby pomóc weryfikatorium.pl, ale musiałby się nastawić na kilka lat pracy bez gwarancji pozytywnego efektu. My możemy mu pomóc w zrozumieniu tego, a potencjalnych czytelników możemy ostrzec przed stratą czasu i pieniędzy.

Ja jednak i tak cieszę się, że mogłem tego potworka przeczytać. Jest świetną ilustracją idei selfpublishingu: każdy może napisać i wydać książkę. Ha ha ha!

 

Pokrzywnica: Pytanie tylko, jak fakt, że „każdy może napisać i wydać książkę”, nawet baaardzo słabą, wpływa na odbiór innych pozycji publikowanych selfpublishingowo? Czy w ogóle wpływa? Czy ktoś, kto naciął się na „Kune”, zrazi się do innych wydawanych w ten sposób książek?

 

Ciernik: Nie sądzę, ale to nie dlatego, że czytelnicy pokładają wielkie nadzieje w selfpublishingu. Przypuszczam, że większość z nich nawet nie będzie wiedzieć, że czytają pozycję SP. Zrażą się przede wszystkim do autora. Być może także do oficyny wydawniczej. Tutaj widzę pewien problem dla oficyn, które mają dwa sposoby wydawania: SP oraz tradycyjny. Powinny dobrze się zastanowić, czy warto mieszać wszystko pod jedną marką, czy nie lepiej puścić dwie, pozornie niezależne linie produktowe. Przeciętny czytelnik nie ma wielkiej wiedzy o tych sprawach i zazwyczaj nawet nie wie, że w ramach SP można bez problemu puścić wszystko, bez żadnego sita jakościowego.

 

Pokrzywnica: No to jak wybierać, żeby trafić dobrze? Czytać Leniwca, to wiadomo, ale poza tym?

 

Ciernik: Jeśli chodzi o e-booki, to zazwyczaj mamy możliwość ściągnięcia darmowego fragmentu, który wystarczy, żeby wyrobić sobie ogólną opinię o stylu autora czy tematyce danej powieści. W przypadku papieru może być z tym różnie. Tutaj najlepiej może działać poczta pantoflowa, czyli polecanki znajomych.

 

Pokrzywnica: Darmowy fragment może być jakąś wskazówką, ale ja mam wrażenie, że te fragmenty są wybierane dość przypadkowo. Rzadko są rzeczywiście reprezentatywne dla książki. Kupić, nie kupić? To jest loteria. Można trafić na coś naprawdę ciekawego, a można się straszliwie naciąć. Może w tym właśnie tkwi urok SP – w założeniu, że jest dla czytelników-ryzykantów?

 

Ciernik: Jeśli odbiorca ma w ogóle świadomość, że kupuje pozycję SP, to tak. Zapewne jest czytelnikiem-ryzykantem, czytelnikiem-masochistą albo… czytelnikiem-łowcą przygód. Jak my.

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/tomasz-hipsz-kune

Paweł Sajewicz „Gwelfów i gibelinów”

Gwelfów i gibelinów - Paweł Sajewicz

Upolowane: Paweł Sajewicz „Gwelfów i gibelinów”, e-book

 

Pokrzywnica: Upolowałam Psa! Łańcuchowego! I wyrwałam mu kość, która nazywa się: „Gwelfów i gibelinów” – masz jakiś pomysł, co to w ogóle znaczy?

 

Ciernik: Kojarzy mi się z elfami i goblinami, ale to się nijak ma do treści książki.

 

Pokrzywnica: Mnie się kojarzy z gwaszem i gobelinem. Ale to się ma jeszcze bardziej nijak do treści książki. Bo ta książka…

 

Ciernik: Właśnie. Ta książka…

 

Pokrzywnica: Czytałam niedawno o jakimś okropnie nieznośnym dziesięciolatku, z którym nikt nie może sobie dać rady. Chłopak wybija szyby w szkole, a potem biega z kawałkiem szkła i kaleczy dzieci. Miałam wrażenie, że Sajewicz to jest właśnie taki mały chuligan z kawałkiem szkła. Biega i rżnie po duszy. Ze zgrzytem i chichotem zostawia rysy na nieskazitelnym szkle naszego „ja”. Mało kto mu umknie. Masz ojca alkoholika? Sajewicz zostawi ci szramę. Straciłeś kogoś bliskiego? Szrama. Związek ci się rozpadł? Szrama. Chcesz być kimś, a jesteś przeciętniakiem? Szrama. Zastanawiasz się, czy twoje prawdziwe życie jest w sieci, czy w realu? Szrama. Boli, kurczę… Jak to fajnie, że wciąż powstają książki, które potrafią zaboleć!

 

Ciernik: Mnie nie bolało. Raczej powodowało, że zerkałem na siebie i zadawałem sobie pytanie: „A jak to jest ze mną?”. Powiem więcej – dla mnie to miało nawet wymiar w jakiejś mierze terapeutyczny! Autor stawia nas w niezbyt komfortowych sytuacjach, ale jednocześnie nie feruje wyroków, nie ocenia, raczej zmusza do tego, żebyśmy sami sobie radzili, sami interpretowali i oceniali.

 

Pokrzywnica: Do mnie strasznie przemówiły te kwestie związane z wyborami dorosłych, za które płacą dzieci. Jakieś pokomplikowane układy rodzinne, pokiereszowani ludzie, którzy nie mogą zrozumieć własnej tożsamości, bo są owocami jakichś romansów, jakichś dziwnych pomysłów na życie swoich rodziców. Potem ci rodzice sobie umrą, a taka osoba zostanie z tym całym bajzlem i nie będzie wiedzieć, kim jest, nawet na tym najprostszym poziomie: kto jest jej ojcem, matką, bratem, siostrą…

 

Ciernik: Dla mnie najcenniejsze było to, że Sajewicz pokazał mi pewien rodzaj ciągłości i rodzinnej karmy, traum pojawiających się w ramach tego przepływu genów poprzez czas, tego, jak wszyscy jesteśmy umoczeni w komunie, nawet jeśli jej nie pamiętamy.

 

Pokrzywnica: Te babki! Matki znikają albo tkwią w cieniu, moc mają babki. I kochanki, którym mężczyźni nie potrafią stawić czoła – Agnieszka, Monika (przecież ona jest w istocie mocniejsza od swojego pozornie tylko silnego męża). A oni są słabi – może dlatego, że mieli słabe albo wręcz martwe matki? I ta miażdżąca scena, w której siedmioletni wnuczek przychodzi do łóżka babci. Literacko świetna, odważna. Sajewicz w ogóle strasznie odważnie mówi o uczuciach – to ogromna zaleta jego pisania.

 

Ciernik: No, właśnie. Co się stało z tymi matkami? One są słabe, wszystkie. Jakby jakaś zaraza te roczniki dopadła! Córeczki mają już charakterek, babki mają jeszcze charakterek, pomimo traum wojennych, a matki są stłamszone. Czyżby komuna do tego doprowadziła?

Główny bohater jest rzeczywiście dość bierny i ja go, niestety, rozumiem. Ta jego rozlazłość, inercja, marnujący się potencjał, przecinany od czasu do czasu błyskotliwymi wyskokami. No, jakbym patrzył w ciemne zwierciadło! Według mnie, to jest związane z wyczerpaniem się tradycyjnych męskich wzorców. One w oczach Marka już nie przystają do dzisiejszych czasów. A nowych nie ma. Więc pozostaje zblazowanie, bierność i dryf, budowanie wirtualnego obrazu intelektualisty i bronienie go w większym stopniu, niż bronienie samego siebie w świecie rzeczywistym, który oferuje jedynie przeciętność.

Podziwiam autora (młodego przecież!) za tak świetne odwzorowanie czasów komuny. Wrzucił mnie w tamten okres bezlitośnie i pokazał, że sam jestem wytworem tego traumatycznego okresu w historii naszego kraju. W pewien sposób zobaczyłem swoich rodziców i ich losy; ich wybory i zaniechania stały się jakoś bardziej oczywiste. Ja, czytając, tam byłem. Byłem na koncercie Stonesów i stałem na tym kiblu, modląc się w duchu, żeby nikt mnie nie znalazł.

Zostałem też zmuszony do skonfrontowania się z własną historią, własnym dorastaniem na początku lat 90. Jestem, lub też byłem, dosyć podobny do Marka Łysiaka i jego wybory są dosyć podobne do moich. Nie wiem, co robiłem wtedy, gdy Michael zagrał w Polsce, ale czytając książkę, mocno się nad tym zastanawiałem. Znam ten Łysiakowy ból: Michael versus Prawdziwa Muzyka, bo sam to przechodziłem, więc przy lekturze „Gwelfów i gibelinów” uśmiałem się momentami setnie.

Podoba mi się też zdystansowane podejście do tworzenia internetowego alter ego, autor skłonił mnie do spojrzenia na moje różne internetowe wcielenia, od momentu, kiedy po raz pierwszy wdzwoniłem się na mityczny już numer 0202122. Słowami Tomka wyartykułował moje obawy i wątpliwości dotyczące między innymi tego, co robimy i my na Leniwcu. Ale pokazał też, że i tak nie mamy innego wyjścia, droga Pokrzywnico. Hehehe!

 

Pokrzywnica: A co sądzisz o wątku Chojnackiego, tego naukowca oskarżonego o niecne czyny? Jest intryga, jest tajemnica, ale nigdy nie dotrzemy do prawdy…

 

Ciernik: Cały wątek z Chojnackim został w dziwny sposób porzucony, ale tłumaczę to tak, że przecież to była kolejna akcja w rodzaju: „opinią publiczną w Polsce znów wstrząsnęła seria wydarzeń pozbawionych znaczenia”, więc po cóż szukać w niej prawdy?

 

Pokrzywnica: Bo to było bardzo emocjonujące! Chociaż mnie jednak najbardziej spodobała się odwaga, z jaką autor opowiada o uczuciach. Jak się bezwstydnie odsłania i biega z tym szkłem… i masz rację, że to jest w jakiś sposób terapeutyczne, uwalniające. Chciałam mu wytknąć, że ma gdzieniegdzie błędy gramatyczne, że ortograf „zwarzywszy” i brak ogonków tu i tam, ale wiesz co? Zrobiło mi się wstyd. Bo czasem treść jest taka, że przesłania duperele. I aż się nie chce czepiać, choć człowiek z obowiązku powinien.

 

Ciernik: Fajne jest to, że w sumie mieliśmy nie tylko dekonstrukcję tego, co było i jest, ale też jednak coś w rodzaju happy endu i nawet nieśmiałą próbę wskazania jakiejś kuracji uzdrawiającej.

 

Pokrzywnica: A co myślisz o samej inicjatywie pod nazwą Wydawnictwo Pies Łańcuchowy? Oni o sobie piszą tak:

Wydawnictwo, które zerwało się z łańcucha. Pies-koneser wolnej kultury. Grupa autorów biorących sprawy w swoje ręce, a książki oddających innym za darmo. Jeszcze raz: ZA DARMO, bo inaczej się już teraz nie da. Ale jeśli będziecie upierać się, że pisarz też pies i jeść musi, podamy wam numery odpowiednich rachunków bankowych. By cyber-kapitał płynął do właściwych kieszeni.

Mają rację? Inaczej się już teraz nie da?

 

Ciernik: Nie wiem, czy to dobry pomysł. Inaczej się nie da, to prawda, ale tak też chyba nie. Znam jeden podobny projekt i wynik był bardzo marny. Może to kwestia targetu. Może czytelnicy Sajewicza będą inni. Ale obawiam się najgorszego.  Na pewno pomogłoby  wdrożenie jakiegoś szybszego sposobu płatności, bez potrzeby żmudnego wklepywania danych do przelewu i tym podobnych rzeczy. Od czytania do płatności powinno nas dzielić najwyżej klika kliknięć.

 

Pokrzywnica: O, z tym się zgadzam! Też o tym pomyślałam natychmiast, gdy tylko zobaczyłam pomysł. Tam powinna być jakaś skarbonka, do której można wrzucić zapłatę w prosty sposób. Ale towar jest dobry. Ściągnięcie książki Sajewicza to był eksperyment, raczej nie spodziewałam się po nim wiele. Jednak nie miałam racji – już samą tylko sceną z wnuczkiem w łóżku babci autor zasłużył sobie na miskę zupy albo chociaż na dobrą kanapkę. Uważam, że warto pokarmić Łańcuchowego Psa – może jednak przeżyje i coś z niego wyrośnie?

 

www.leniwiceliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/302

Marcin Rusnak „Opowieści niesamowite”

Upolowane:  Marcin Rusnak „Opowieści niesamowite”, e-book

 

Ciernik: Upolowałem darmowy zbiór opowiadań Marcina Rusnaka pod tytułem „Opowieści niesamowite”. Całkiem nieźle sobie podjadłem.

 

Pokrzywnica: Ach, bo one treściwe są! To taki konkretny schabowy z kapustą plus skwarki. Nic wielce wyrafinowanego, ale przyzwoite danie. Dobrze skonstruowane, ładnie napisane… może tylko trochę duszy tym opowiadaniom brak. Z wyjątkiem jednego! Ale ponieważ autor przyznał, że inspiracją była w tym przypadku opowieść jego żony, to ja nie wiem, czy ten skrawek duszy pochodzi od Marcina Rusnaka, czy też wyrwał go żonie.

 

Ciernik: Zgadzam się wstu procentach! „Farid Tkacz i latający dywan” to najlepsze opowiadanie z tego zbioru. Nie tylko zainteresowało mnie fabularnie, ale również porwało emocjonalnie. Pozostałe teksty to po prostu dobra, rzemieślnicza robota. Trochę brakuje tam człowieka, jakiejś uniwersalnej prawdy o nas wszystkich. Ich siła tkwi w świetnie poprowadzonej akcji, graniu twistami i dbaniu o szczegóły. Ale nie porywają tak, jak „Farid Tkacz”. Może autor za mocno trzyma wszystko w żelaznym uścisku, bezwzględnie prowadząc nas w jednym, z góry określonym kierunku i nie pozostawiając miejsca na pytania?

 

Pokrzywnica: A może sekret tkwi w podejściu autora? W posłowiu napisał tak: „Mam nadzieję, że czytając te historie bawiliście się równie dobrze co ja, gdy je opowiadałem”. On się pisaniem bawi i to widać – realizuje rozmaite schematy, odgrywa przedstawienia, używając do tego postaci niczym  kukiełek. To wszystko przypomina trochę układanki albo krzyżówki i rzeczywiście bardziej angażuje intelektualnie niż emocjonalnie. Tylko „Farid Tkacz” jest inny.

 

Ciernik: Bo to opowiadanie nie jest typową dla Marcina fantastyką czy grozą. Wygląda na to, że pisząc ten tekst, musiał wyjść ze swojego getta i ten krok okazał się słusznym. Rusnak jest tutaj bliżej emocji, bliżej człowieka. Pojadę teraz trochę domorosłą psychologią, ale… on sam przyznał się później, że jego przygoda z fantastyką zaczęła się od „Baśni tysiąca i jednej nocy”. Być może w tym opowiadaniu udało mu się wrócić do tamtych czasów, gdy wszystko było jeszcze nowe i fascynujące, niezakłamane i niesfrustrowane samym faktem istnienia.

 

Pokrzywnica: Tak naprawdę to też jest schemat. Schemat baśni. A jednak wyszło pięknie. Może realizowanie schematów nie jest wcale złym pomysłem na pisanie, tylko trzeba po prostu wybrać naprawdę dobry schemat?

 

Ciernik: Nie. Schemat może być jakikolwiek, trzeba go tylko po mistrzowsku zrealizować.

 

Pokrzywnica: No, nie wiem. Weźmy „Kołysanki dla umarłych” – czytałam je już dawno, zaraz po tym, jak wygrały „Horyzonty Wyobraźni”. To dobry tekst, ale oparty na bardzo, moim zdaniem, trudnym (i nudnym) schemacie postapo. Da się z tego wydobyć więcej, niż udało się Marcinowi? Wątpię. Baśń jednak daje więcej możliwości.

„Farid Tkacz i latający dywan” nie ślizga się po powierzchni, tylko odważnie schodzi głębiej w meandry ludzkiej psychiki. Dlatego tak mocno działa. Niejedną myśl, niejedną refleksję można z niego wyciągnąć. Mnie kompletnie zdumiała, a zaraz potem oczarowała, myśl o szacunku nauczyciela do ucznia.

Zostać nauczonym czegoś – to otrzymać jeden z najcenniejszych darów, jakie mogą nam się przytrafić, bo to nas wzmacnia, więc nauczyciel zasługuje na szacunek – to oczywiste. Ale jest przecież i druga strona medalu – jeśli przekazujemy swoją wiedzę komuś, to on poniesie ją dalej, w takie miejsca i czasy, w których nas już nie będzie. Więc i my jemu jesteśmy winni szacunek.

A potem przypomniałam sobie, jak wygląda nasz system edukacji – i w świetle tego opowiadania on jawi się niczym obraz odbity w jakimś piekielnym, karykaturalnym, wykrzywionym zwierciadle: nauczyciel z koszem na głowie i uczniowie kurczący się ze strachu na samą myśl o szkole. Gdzie tu miejsce na choćby cień szacunku? W którąkolwiek stronę?

 

Ciernik: „Farid Tkacz” ma wiele zalet: mieszana narracja, dbałość o szczegóły (ta jest w ogóle charakterystyczną cechą pisarstwa Rusnaka), świetnie oddany leniwy i zmysłowy klimat „Baśni tysiąca i jednej nocy”, plastyczne, żywe postacie z wiarygodnym charakterem, twisty, świetnie pokazana relacja mistrza i ucznia oraz to, że nawet mistrz nie jest doskonały, szczególnie, gdy postawi się go w sytuacji pozornie bez wyjścia.

 

Pokrzywnica: Dzięki temu bogactwu zapominamy, że to schemat, zostaje uczucie oraz myśl. I to niejedna – każdemu wedle potrzeb. Tekst działa na odbiorcę dokładnie tak, jak baśń działać powinna.

 

Ciernik: A co myślisz o postaciach kobiet, jakie kreuje Marcin w tym zbiorze opowiadań?

 

Pokrzywnica: Hmm… Pomyślmy:

„Kołysanki dla umarłych”: bohaterką jest kobieta, ale gdybyśmy zmienili końcówki z -am na -em, to nic by się nie stało. Ona nie myśli ani nie czuje jak kobieta. Ale w świecie „Kołysanek” jest to uzasadnione – gdyby była kobieca, to pewnie by nie przeżyła.

„Zły szeląg”: to nie kobieta, to zjawa.

„Bociani zagon”: czysta zabawa schematem – same kukiełki.

„Opowieść, którą znam tylko ja”: tutaj jest coś głęboko prawdziwego, ale oglądamy świat z męskiego punktu widzenia, więc uświadamiamy sobie jedynie istnienie tajemnicy, która owocuje niemożnością porozumienia między bohaterami, ale nie docieramy do jej sedna.

„Farid Tkacz i latający dywan”: siostry są podobne ale zarazem różne i to jest duży plus. Rozumiem je obie. Nie wiem tylko, dlaczego Khandan kocha Tkacza, ale ona pewnie to wie, więc niech to zostanie jej tajemnicą. Podoba mi się wolta młodszej siostry, która najpierw coś robi, potem rozpaczliwie odkręca – to bardzo pasuje do nastoletniej dziewczyny.

„Zabijając ptaki”: Rosa mnie nie przekonuje. Ale ona jest obca, więc w sumie nie powinna być zbyt kobieca ani nawet zbyt ludzka. To raczej potwór niż kobieta.

„Koszmar z Yelland”: znów zabawa schematem i kukiełka w spódnicy. Nie da się tej postaci rozważać na poważnie.

„Pudełko pełne cudów”: kobieta – trofeum. Bohater musi ją mieć, bo ona jest jedną z niezbędnych oznak sukcesu mężczyzny. Gdyby nie miał kobiety, (albo gdyby nie miał pieniędzy czy pracy) to jego sukces nie byłby wiarygodny.

 

Ciernik: Czy to nie jest czasami charakterystyczne dla młodej męskiej prozy, że kobiety są tak po macoszemu traktowane? Większość postaci żeńskich to albo jakieś tło dla mężczyzn, albo zrobiły tym facetom straszną krzywdę. Nie są partnerkami. Stanowią tylko pretekst do działania.

 

Pokrzywnica: W przypadku Rusnaka wydaje mi się, że sposób pokazywania kobiet wynika z tego, że w co najmniej połowie tych opowiadań on realizuje po prostu schemat albo próbuje się tym schematem bawić. Kobiety to po prostu jeden z elementów – fragment scenerii albo mniej lub bardziej ważny rekwizyt. W „Kołysankach dla umarłych” mogło być inaczej, ale twórca zdecydował się akurat na taki typ bohaterki i łatwo uzasadnić, dlaczego. Wygląda na to, że Rusnaka jako pisarza po prostu nie interesują kobiety. A czy ten brak zainteresowania jest bardziej powszechny wśród młodych autorów, czy może być symptomem czegoś? Nie mam pojęcia. Myślisz, że może?

 

Ciernik: Nie wiem, jak jest z innymi autorami, ale Rusnak, moim zdaniem, doskonale wie, o co chodzi i stosuje te klisze świadomie. Bo jest na nie zapotrzebowanie. Czytając te opowiadania, odniosłem wrażenie, że one są przeznaczone przede wszystkim dla młodych, męskich czytelników, najpewniej w okolicach dwudziestego roku życia, takich, którym buzują hormony i dla których kobieta to albo motor napędowy, albo przyczyna wszelkiego zła.

 

Pokrzywnica: A wiesz, że to całkiem możliwe! Może Marcin Rusnak faktycznie pisze pod określonego odbiorcę i dlatego pisze właśnie tak: dość prosto, z akcentem na fabułę, łatwym, zrozumiałym  językiem? Taka zabawa dla chłopaków… W porządku. Ale skoro autor nieostrożnie pokazał, że potrafi, to teraz ja i inne dziewczyny będziemy domagać się baśni: chcemy więcej latających dywanów!

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/288

Andrzej Dudziński „Ściana”

Upolowane:  Andrzej Dudziński „Ściana”, e-book

 

Pokrzywnica: Właśnie skończyłam „Ścianę” Andrzeja Dudzińskiego. Podobała mi się.

 

Ciernik: Mnie też. Chociaż w niektórych miejscach trochę się nudziłem.

 

Pokrzywnica: Ty chyba żartujesz, Rybo Ciernistych Wodorostów? Znudziła Cię „Ściana”? Mnie wessała od początku i trzymała do ostatniego słowa! Ciekawe, skąd taka rozbieżność w odbiorze?

 

Ciernik: Sam się nad tym zastanawiałem. Chyba zmęczyły mnie opisy tych wszystkich operacji sprzętowych. Bohater w pewnym momencie stwierdza, że śmieszą go wszystkie książki, w których nie wspomina się o nich, albo traktuje się ten aspekt wspinaczki po macoszemu. Ale ja chyba już wiem, dlaczego pisarze to pomijają. Bo na dłuższą metę to jest monotonne. Poza tym ja te operacje sprzętowe dobrze znam, więc nie chciało mi się czytać tych fragmentów.

 

Pokrzywnica: A widzisz! Znudziły Cię opisy czynności, które znasz z własnego doświadczenia. Ale nie każdy zna. Ty czytałeś to jako wspinacz, ktoś, kto dokładnie wie, o czym mowa. Dla mnie, laika, to wszystko było nowe i ciekawe.

Spodobał mi się język autora. Przypomina mi skały, kamienie. Jest surowo, szorstko, chropowato, czasem zdarzają się błędy frazeologiczne, ale one pasują do stylu opowieści, są takim chrzęszczącym żwirem, poszarpanymi nierównościami w skale. Gdyby to wszystko było idealnie gładkie, wyszlifowane, straciłoby na wyrazie. Ale jest też trochę literówek, a nawet ortograf: „stróżki potu” – tu jednak powinna wkroczyć korekta.

 

Ciernik: Dla mnie to opowiadanie jest ciekawe z innych powodów. Upolowałaś je w jednym z najgorszych okresów polskiego himalaizmu: najpierw zginęli Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski podczas zimowej wyprawy na Broad Peak, później stracił życie jeden z najbardziej zasłużonych polskich himalaistów – Artur Hajzer. Historia tego ostatniego jest zresztą bardzo podobna do opisanej w „Ścianie”: himalaista po tragedii przeżytej w górach wycofuje się ze wspinaczki, układa sobie życie bez gór i nawet odnosi sukces, jednak coś ciągle nie pozwala mu zapomnieć o przeszłości, więc wraca. Po co wrócił w góry bohater „Ściany”?

 

Pokrzywnica: Może nie: po co, ale: dlaczego? Może dla niektórych ściana jest po prostu życiem, a życie – ścianą? I nic, poza tym, dla nich nie istnieje?

 

Ciernik: Siłą tekstu jest to, że nie możemy być pewni, o czym on naprawdę jest. Wierzymy od
początku, że chodzi o konfrontację bohatera z jego lękami, tragiczną historią. On sam wydaje się w to wierzyć. Gdyby chciał się zabić, to przecież wystarczyłoby w pewnym momencie odpuścić, puścić, odpaść od ściany, ale nie, bohater walczy do końca. On po prostu nie zdaje sobie sprawy z tego, że już przegrał. Nie wiemy, tak naprawdę, kiedy to się stało. Czy wtedy, gdy doszło do pierwszych odmrożeń, czy może już wtedy, gdy podjął decyzję o powrocie  w góry? Kto wie, być może cała wyprawa była skazana na przegraną od samego początku, a bohater nie chciał przez cały czas dopuścić tego do świadomości? A może było to sprytnie uknute samobójstwo? Ludzka psychika potrafi stawiać takie zasłony dymne. Potrafi się oszukiwać. I o tym jest ta historia. O
samooszukiwaniu się, pozornych działaniach, autosabotażu, odkupieniu, poczuciu winy, odpowiedzialności. Autor pokazał to wszystko umiejętnie, stroniąc od prostych recept i łatwych odpowiedzi.

 

Pokrzywnica: A pamiętasz tę opowiedzianą na samym początku piękną przypowieść o ptakach? To właśnie ona sprawiła, że nie mogłam się od „Ściany” oderwać aż do końca. I to ona jest dla mnie wskazówką, jak to opowiadanie czytać, rozumieć. Ptaki nie szukały śmierci, choć większość z nich zginęła w drodze. One szukały metafizycznego królestwa, gniazda, domu. Bohater też go szukał – przez całe swoje życie, nie tylko w górach.

 

Ciernik: Ptaki szukały nie gniazda, tylko króla, czyli kogoś, kto rządzi, decyduje i potrafi zaprowadzić porządek. Ptaki były zmęczone anarchią i problemami, tak jak bohater jest zmęczony walką ze swoimi własnymi demonami. Wszyscy szukają kogoś silniejszego, kto rozwiąże ich problemy. Udają się w góry, żeby odzyskać kontrolę nad swoim życiem.

A wiesz, że w dawnej zachodniej tradycji okultystycznej, jeśli mag chciał przywołać i zmusić demona do współpracy, to najpierw wzywał Boga i jego pomocników? W ten sposób powoływał się na króla. Podobnie jest z niektórym rytuałami w buddyzmie tybetańskim.

 

Pokrzywnica: Moim zdaniem bohater wcale z demonami przeszłości nie walczy, tylko one go po prostu żrą. I żarłyby go, kimkolwiek by nie był i jakkolwiek by nie żył. Jeśli nie te demony, to inne, bo on – człowiek – ma po prostu taką kondycję wewnętrzną. Taki jest.

Ptaki szukają króla, którym same są, każdy z nich. Znajdując króla, znajdują gniazdo. To jest znacznie głębsze, niż prosty problem pod tytułem: mam poczucie winy. Tu nie tyle o poczucie winy chodzi, ile o poczucie człowieczeństwa, kondycji własnej – marnej i wielkiej zarazem.

 

Ciernik: Oczywiście, chodzi tu o króla wewnętrznego – o odzyskanie kontroli, władzy nad własnym życiem. Gniazdo to po prostu poczucie bycia u siebie zawsze i wszędzie.

 

Pokrzywnica: Ściana to metafora życia. Jedyne, co bohater może zrobić, żeby być w zgodzie ze sobą („nie iść zbyt szybko, żeby nie zgubić własnego ducha” – jak uczy druga z przytoczonych w książce przypowieści) to atakować tę ścianę w nadziei na szczyt. Ale czy zdobycie szczytu jest w ogóle możliwe za życia, jeśli ono samo jest ścianą?

 

Ciernik: He he. „Jeśli ktoś jest młotem, wszystko jawi mu się jako gwóźdź do wbicia”?

Pewnie, że można patrzeć na bohatera w szerszej perspektywie, ale ja patrzę na niego przede wszystkim jak wspinacz na innego wspinacza. Nie wiem, czy śledziłaś wydarzenia związane ze śmiercią wspomnianych wcześniej polskich himalaistów. Przez media przetoczyła
się wtedy dyskusja, czy inni powinni iść ich szukać, czy jednak w górach każdy jest zdany tylko na siebie. Takie pytania stawia się wciąż na nowo przy każdej wysokogórskiej tragedii. To bardzo drażliwa sprawa.

A w przypadku bohatera nie mamy nawet do czynienia z ośmiotysięcznikiem. On asekurował innego wspinacza i jego zadaniem było zrobić wszystko, by go uratować. Czuje, że zawiódł. Podwójnie, bo nie dość, że nie pomógł partnerowi wspinaczkowemu, to jeszcze tym partnerem była żona. To, co się stało, to nie jest tylko kolejna ściana do pokonania w nadziei na szczyt.

 

Pokrzywnica: Nie kolejna. Jest jedna. Przez cały czas ta sama. Całe życie jest tą jedną i on nieustannie tę jedną pokonuje. Gdy siedzi w domu, chodzi do sądu i potem odkręca gaz, to też jest w istocie wciąż na tej samej, jednej wyprawie, przy tej samej, jednej ścianie. Tylko gdy jest w domu, to ona jest jakby zasłonięta mgłą, niewyraźna. Dlatego on woli wrócić w góry i tam ją widzieć jasno, taką, jaka jest.

Warto było „Ścianę” przeczytać? Kupić? Według mnie – tak. Czterdzieści pięć stron. Opowiadanie, nie tłusta powieść. Ale w takich tekstach widzę sens i wartość selfpublishingu. Jako samodzielna książka to by się pewnie nie ukazało w typowym wydawnictwie. Może gdyby autor zebrał trzy, cztery takie opowiadania… Ale to by nie było to samo. To opowiadanie jest jak pieśń – musi wybrzmieć samotnie, do końca. I dobrze, że tak właśnie je dostajemy – samodzielne i samotne.

 

Ciernik: Jak najbardziej. Krótkie, ale za to wielowymiarowe opowiadanie, doskonały pokarm dla mózgu. Idealna długość tekstu w stosunku do ciężaru tematu. To jest to, co Cierniki lubią najbardziej.

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/andrzej-dudzinski-sciana

Antologia „Strzeż się potwora”

Upolowane:  Antologia „Strzeż się potwora”, e-book

 

Pokrzywnica: Darmowy zbiór opowiadań „Strzeż się potwora” to wspólne dzieło redakcji serwisu Alchemia Słowa, Stowarzyszenia Avangarda oraz wydawnictwa Almaz. Moim zdaniem całkiem jadalny, a nawet zawiera kilka smakołyków.

 

Ciernik: Podobały mi się dwa opowiadania, może nawet trzy.

 

Pokrzywnica: Które?

 

Ciernik: „Wyspa” Anny Głuszek i „Zreformowana” Anny Bahrynowskiej. Niezłe było też opowiadanie otwierające zbiór: „Śmierć i dziewczyna” Anny Głomb.

 

Pokrzywnica: Same Anny… W ogóle wśród autorów mamy przewagę kobiet. Czyżby kobiety lepiej  znały się na potworach?

 

Ciernik: Oczywiście! Przecież kobiety są od początku przygotowywane do okiełznywania potworów, bo potem większość z nich mieszka z nimi pod jednym dachem i ma z nimi dzieci!

 

Pokrzywnica: E, takie potwory to często całkiem miłe są. Ale masz trochę racji – odrobina ostrożności nie zawadzi. Po czym odróżnić potwora od niepotwora?

 

Ciernik: Nie mam zielonego pojęcia. Może po owocach?

 

Pokrzywnica: Wtedy może być już za późno! A jeśli potwór akurat nic nie robi, tylko po prostu sobie jest? Ja myślę, że to nie tak. Potwór to obcy. Każdy, kto będzie wystarczająco mocno obcy, inny od nas, stanie się w naszych oczach potworem. Pytanie tylko: ile to jest „wystarczająco”? Skrzela ukryte za uszami wystarczą? Inny tryb życia? Sposób odżywiania? Myślenia?

 

Ciernik: Tu wymieniasz trzy różne cechy: obcość, inność i potworność. Nie muszą być tym samym. Cechą obcego jest dystans do nas, który wcale nie musi cechować potwora. Potwór może żyć wśród nas, obcy nie. Potwór stanowi zagrożenie, obcy niekoniecznie. Inny nie musi być obcy, to może być nasz ziomal, ale w jakiś sposób odmienny od nas. Paradoksalnie, każdy obcy staje na pozycji innego. Wikipedia sugeruje, że potwór to ktoś lub coś, co pojawiło się już „po tworzeniu”, czyli po właściwym dziele stworzenia. Często utożsamiane to jest z wcieleniem zła, co niekoniecznie musi dotyczyć obcego, bądź innego. W opowiadaniach ze zbiorku również jest to stosowane zamiennie.

 

Pokrzywnica: Tylko że swój-obcy to jedna z podstawowych opozycji semantycznych, służących nam do porządkowania rzeczywistości. Jak góra-dół, dzień-noc, dobro-zło. Jeżeli my jesteśmy dobrzy, to obcy musi być zły. Przypiszemy mu nawet te cechy, których on nie ma, byle tylko oszczędzić sobie dysonansu, byle tylko nasz obraz rzeczywistości pozostał spójny. I tak się rodzi potworność.

Autorzy opowiadań zebranych w zbiorze „Strzeż się potwora” mniej lub bardziej intuicyjnie próbują tę przemianę obcości w potworność uchwycić. Czasem jest to tylko obcość (jak w „Uczniu” Agnieszki Kwiatkowskiej), czasem próba oswojenia potworności, żeby stała się mniej obca („Potworne dziewictwo” Justyny Kułak). Najbardziej świadomie, moim zdaniem, zmierzyła się z problemem Anna Bahrynowska w „Zreformowanej” – tutaj autorka z aptekarską precyzją odmierza dawki obcości, żeby odkryć, w którym momencie zmienia się ona w potworność. To opowiadanie, nie przestając być świetną literaturą, jest zarazem studium antropologicznym. Ale istota potworności pozostaje nieuchwytna. „Zreformowana” jest jak opowiadanie Cortázara – w którymś miejscu rzeczywistość „przekręca się niczym podwiązka” (jak charakteryzowała prozę tego pisarza Zofia Chądzyńska), ale nie ma sposobu, żeby odkryć, w którym momencie to właściwie następuje.

 

Ciernik: Ale potwór może mieszkać także w innym i swoim, o czym najlepiej świadczy choćby Stanfordzki Eksperyment Więzienny Zimbardo.

„Śmierć i dziewczyna” Anny Głomb ładnie pokazuje taką przemianę swojego w potwora. Potwór siedzi po prostu w każdym z nas i wystarczy stworzyć mu odpowiednie warunki, żebyśmy okazali się bardziej potworni od wszystkich archetypowych bestii.

 

Pokrzywnica: A właśnie! Kim jest obcy w nas? Masz w sobie potwora?

 

Ciernik: Żeby tylko jednego! Mam ich sporo, a każdy jest na inną okazję. A ilu jeszcze nie zdążyłem poznać? Bóg jeden wie. Albo i nie Bóg. Ha ha. A jak u Ciebie? Ogarniasz swoją menażerię potworów?

 

Pokrzywnica: Myślę, że mój jest jeden. Jeden wielki, paskudny i zarazem wspaniały, wielogłowy potwór. I ja nim czasem bywam, jeżeli pojawią się te odpowiednie okoliczności. I wiesz co? Te okoliczności mogą być bardzo różne, ale mają wspólną cechę: oślepiają. Bywam potworem, kiedy mam ograniczone pole widzenia, kiedy niedowidzę. Mój potwór jest ślepy – jak ślepy gniew albo ślepa nienawiść.

 

Ciernik: Taki stan oślepienia ma swoje zalety. Daje jasność, pewność, przekonanie o słuszności, znosi wszelkie dychotomie i nie pozostawia miejsca na hamletyzowanie. Tylko potem, niestety, przychodzi kac. Ale jest w nas jakaś potrzeba, pragnienie potwora. Dlatego spodobało mi się opowiadanie „Wyspa” – ono pokazuje odwieczne męskie pragnienie femme fatale, kobiety potwornej. I tę bezsilność, jaka mężczyznę ogarnia, gdy wpadnie w sidła takiej kobiety.

Wiesz, czego się obawiałem, czytając „Strzeż się potwora”? Co może być największą słabością opowiadań o potworach?

 

Pokrzywnica: Nadmiar krwi i flaków?

 

Ciernik: Niekoniecznie. Krew i flaki można podać tak, że będą pysznym daniem, co widać choćby w „Zreformowanej”.

Kiedyś myślałem, że pisarze najczęściej wykładają się na scenach seksu. Otóż nie. Pisarze najczęściej wykładają się na opisach potworów. I to, niestety, przydarzyło się kilku autorom tego zbiorku. Cholernie trudno jest opisać potwora tak, żeby czytelnik zawiesił swoją niewiarę. Im dziwniejszy (w domyśle: straszniejszy) potwór, tym śmieszniejszy się wydaje, im bardziej obcy, tym trudniej znaleźć jakieś odniesienie, zrozumieć go, utożsamić się z nim. Najbardziej straszą te potwory, które są potwornie podobne do nas samych.

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/270

Edyta Niewińska „Kosowo”

Kosowo - Edyta Niewińska

Upolowane: Edyta Niewińska „Kosowo”, e-book

 

Ciernik: Co powiesz o „Kosowie” Edyty Niewińskiej? Smakowało?

 

Pokrzywnica: To jest naprawdę dobrze napisana książka. Przekonująco, przejmująco i bez byków. Znalazłam raptem jedną literówkę!

 

Ciernik: A treść? Burza w żołądku, co? Jest tak przekonująco, że kilka razy miałem ochotę odłożyć „Kosowo” na półkę, mamrocząc zaciekle: Bogowie, uchowajcie mnie od takich kobiet!

 

Pokrzywnica: Bohaterka przeraża – to fakt. I właśnie dlatego warto, a nawet trzeba, tę książkę przeczytać! Bo to jest świetnie napisany portret mimozy-pijawki, zdjęcie rentgenowskie takiego psychicznego alergika, który był chroniony przed wszelkimi emocjami „żeby traumy nie miał” i w efekcie nie jest w stanie poradzić sobie samodzielnie z żadnym uczuciem.

A wiesz, jak ta książka jest reklamowana? Jako „portret własny współczesnych trzydziestolatków, pogubionych w poszukiwaniu tej jedynej miłości, w którą i tak nie wierzą”. Jeżeli to jest rzeczywiście portret trzydziestolatków, a nie jakiegoś pojedynczego ewenementu, to… czeka nas inwazja słabych jak ameby mimoz-pijawek. Jak my to przeżyjemy?

 

Ciernik: Jęczysz teraz jak stara babcia. Chociaż nie! Ty mamroczesz jak Świetlicki: kiedyś było lepiej, kiedyś było inaczej…  Idealizujesz przeszłość.

 

Pokrzywnica: No, ale przecież było inaczej! Choćby seks – popatrz, jaki paradoks: nigdy wcześniej tak nie było, że wszystko wolno – nieważne, jaka warstwa społeczna, kolor skóry, płeć – każdy z każdym może stworzyć związek. Teraz wolno. I cóż z tego, skoro ludzie nie potrafią?

 

Ciernik: Seks w tej książce jest w bardzo ciekawy i dobitny sposób pomijany. Spodziewamy się go przez cały czas, ale tak naprawdę, jest go zastanawiająco mało. Pewnie to też znak naszych czasów. Wszystko jest rozerotyzowane, nawet lekarstwa na hemoroidy sprzedaje się za pomocą aluzji do seksu, więc w końcu przestał on być czymś wartościowym. Poza tym, skoro nie potrafimy się otworzyć na innych ludzi, to niby jakim cudem mamy mieć satysfakcjonujące życie erotyczne? Seks zostaje sprowadzony do miałkiego masturbowania się czyimś ciałem. Coraz więcej jest związków, w których seksu w ogóle nie ma. Zazwyczaj partnerzy tłumaczą to zmęczeniem (że praca na kilka etatów, dom, dzieci itp.), ale może tak naprawdę u źródła tego braku leży strach przed ciężkim zadaniem otwarcia się na drugą osobę?

 

Pokrzywnica: Lęk przed jakimkolwiek otwarciem. Nawet przed otwarciem się na samego siebie…

 

Ciernik: To samobiczowanie się Anielki, bohaterki „Kosowa”, jest irytujące i jednocześnie hipnotyzujące. Przyciąga i odpycha równocześnie. Ona ma problem z samoakceptacją albo w ogóle z samopoznaniem. Prawdziwe, głębokie samopoznanie owocuje samoakceptacją, a ta kobieta nie zna dostatecznie samej siebie.

Myślę, że ona nie jest wyjątkiem. „Kosowo” to jest rzeczywiście portret zbiorowy. I prawdziwy. Teraz nawet faceci są podobni do Anieli. Nadchodzą czasy bezwolnych, uzależnionych od innych, emocjonalnych kalek, sparaliżowanych strachem przed odpowiedzialnością i życiem w ogóle, a przede wszystkim kalek z mniejszymi lub większymi problemami psychicznymi.

 

Pokrzywnica: Zgadzam się, że z mężczyznami dzieje się to samo. Kto wie, czy nie mocniej nawet. Żyjemy w kulturze, która gloryfikuje przyjemność. Ma być łatwo i przyjemnie. Wysiłek, obowiązek, honor, wyrzeczenie – to nie są obecnie popularne wartości. A przecież nasze blizny, krzywdy i upokorzenia budują nas tak samo, jak chwile przyjemności. Mimoza nie nauczyła się znosić bólu, korzystać z chwil cierpienia dla własnego rozwoju. I dlatego stała się pijawką – niech decyzje podejmują inni, niech konsekwencje ponoszą inni, ona będzie tylko korzystać. Ja jej wierzę, że ona się tego bólu panicznie boi. Nie ma odporności. Jest jak ktoś, kto wychowywał się w sterylnym środowisku i jego organizm nie radzi sobie nawet z katarem. Ona niby zdaje sobie sprawę z tego, jaka jest. Ale ta wiedza do niczego nie prowadzi, niczego nie zmienia. Ta wiedza służy Anieli wyłącznie do wymyślania samousprawiedliwień.

 

Ciernik: A może ona ma rację? Może takie niemal religijne postrzeganie bólu jako wartości jest głupotą i absurdem? Co nas nie zabije, to nas wzmocni? A gdzie tam! Co mnie nie zabije, to mnie pozostawi ze szramami na psychice! Po co mi to?

 

Pokrzywnica: Ja myślę, że człowiek, który nie umie znieść bólu czy przykrych doświadczeń, który nie potrafi przyjąć trudnych emocji, ma automatycznie amputowaną zdolność kochania. Bo kiedy kochamy, to wystawiamy się na cios skoncentrowanego życia – musimy być gotowi przyjąć i ból, i wstyd, i niepewność, i strach, i rozczarowanie, i trudności rozmaite. Jeżeli tego nie umiemy, nie zostaliśmy do tego przygotowani, oczekujemy tylko słodyczy, to świat nas zawiedzie. Dlatego warto sobie pozwolić te blizny i szramy zostawić. One są dowodem na to, że żyjemy naprawdę.

 

Ciernik: Ale po co Aniela ma się starać, skoro i tak zawsze znajdzie się jakiś „tatuś”, który podejmie za nią decyzje i weźmie na siebie konsekwencje? Ta symbioza jest bardzo ładnie pokazana w książce. Bohaterka przez cały czas przyciąga takich „tatusiów” obu (a w zasadzie: trzech) płci. W ten sposób każdy realizuje swoje potrzeby i wszyscy są zadowoleni, nawet jeśli mają nerwicę, depresję i myśli samobójcze…

A całkiem serio: jeżeli oczekujemy tylko słodyczy, to nie tyle świat nas zawiedzie, ile zawiodą nas ludzie, a każde ich działanie niezgodne z naszymi słodkimi oczekiwaniami będziemy traktowali jako złośliwy atak na naszą osobę, no bo przecież ciągle cierpimy na chorobę drobiu: jajajaja…

 

Pokrzywnica: No właśnie. Tam nikt się z nikim nie liczy, tak naprawdę. Każdy myśli tylko o sobie, zaspokaja tylko własne potrzeby. Bo „tatusiowie” płci wszelakiej wcale bohaterce tak naprawdę nie pomagają. Opiekują się nią, bo jest im z tym fajnie, bo mogą się czuć silni, dobrzy i potrzebni. I ona o tym wie: „Ja, moje, dla mnie, z mojego powodu, przeze mnie, dla mnie, ode mnie… Zaimek osobowy powtarzany we wszelkich możliwych konfiguracjach zastąpił ukochany niegdyś przez świat brzęk monety”.

 

Ciernik: A gdy już człowiek wybuduje jajeczną twierdzę, to musi jej zaciekle bronić, bo czuje,  że skorupka krucha i ciągle zagrożona. Jakże to musi męczyć!

 

Pokrzywnica: Co ciekawe, nie tylko główna bohaterka, ale wszyscy w „Kosowie” są skupieni tylko na „ja”. Gdyby komukolwiek na Anielce zależało, tak naprawdę zależało, to ten ktoś starałby się uczynić ją silniejszą, szukałby w niej tej siły i wzmacniał. Ale jej dobro w rzeczywistości nikogo nie obchodzi. I ona, choć nie chce tego głośno przyznać, przecież jednak o tym wie.

 

Ciernik: Smutna to książka. Dobra, ale smutna. Im starszy jestem, tym wyraźniej dostrzegam, że w tym kierunku idziemy. Chociaż może to tylko moje filtry odsiewają pozytywy? Może wcale nie jest tak źle? A może jest źle, ale w innym sensie? Wydaje mi się, że kultura obecnych nastolatków i dwudziestokilkulatków jest jednak bardziej hedonistyczna i mniej refleksyjna, nawet jeśli te refleksje miałyby być tylko depresyjnym nurzaniem się we własnym „ja”. Z takiego nurzania jednak zawsze płynie jakaś nauka, czegoś można się dowiedzieć. A bez żadnej refleksji, cóż, nie da się iść do przodu.

 

Pokrzywnica: Wszyscy, czy to kobiety, czy mężczyźni, zaczynamy się zachowywać jak księżniczki: najważniejsze, żeby nas akceptowano i kochano. Oczekujemy dowodów, pewności, że tak jest (a to przecież niemożliwe, o tym nie da się nikogo zapewnić, przekonać, to zawsze jest akt wiary, akt zaufania!) i dopiero wtedy, być może, łaskawie obdarzymy kogoś jakimś strzępkiem uczucia. Albo, jak Anielka, usprawiedliwimy się, że nic nie możemy dać, nawet tego strzępka, bośmy tacy delikatni i znerwicowani. Bo my mamy w głowie Kosowo. A że innym takie Kosowo swoim postępowaniem  robimy, to już nam do tej biednej, obolałej głowy nie przychodzi. No i najgorsze: jeżeli coraz więcej będzie takich mimozowatych, pijawkowatych księżniczek Anielek płci obojga, to kto, u diabła, będzie je wszystkie kochał? Kto będzie za nie dźwigał cały ciężar życia?

 

Ciernik: Bogowie, sprawcie, żebym to nie był ja. Już bym chyba wolał jajo znieść…

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/edyta-niewinskakosowo

Marcin Brzostowski, „Słodka bomba Silly”

Słodka bomba Silly - Marcin Brzostowski

Upolowane:  Marcin Brzostowski „Słodka bomba Silly”, e-book

 

Ciernik: Wojna jest naturą świata?

 

Pokrzywnica: Wojna? Nie wiem. Chyba nie. Zmiana jest naturą świata, ale zmiana nie musi się realizować poprzez wojnę.

 

Ciernik: To może wojna o klienta? Za 130 tysięcy znaków autor każe nam płacić kwotę, którą zapłacimy za pełnometrażową powieść. Marginesy w PDF-ie zajmują 1/4 strony, a czcionki nie powstydziłaby się nawet mistrzyni optymalizacji – Fabryka Słów. Ale, jak mawiał mój dziadek, nie liczy się długość, tylko technika (oczywiście miał na myśli długość ogona i technikę pływania). Co powiesz o technice?

 

Pokrzywnica: Skomplikowana sprawa. Pomysł z żywą, inteligentną i – co najciekawsze – odczuwającą bombą jest świetny. Doskonały! Ale realizacja jakoś rozczarowuje. Nie to, że jest bardzo źle, tylko jakoś za płytko, za lekko, za delikatnie. Aż żal takiego pięknego pomysłu na przydługą, rubaszną humoreskę. I jeszcze te byki! „ Owszem – pan kapitan nie spuszczał wzroku z rozśpiewanego indianina.  – Niech go pan przetransportuje pod ścianę i karze mu tam siedzieć”. Jak można takiego ortograficznego baobaba puścić publicznie?

 

Ciernik: Ech, zawsze to samo! Jakiś deficyt korektorów czy co? A humoreska mocno nierówna, bo w pewnym momencie autor odchodzi od dowcipu, który nawet jeśli dla mnie średnio śmieszny, to jednak nadawał temu przydługiemu opowiadaniu charakter. Porzuca go na rzecz troszkę moralizatorskich dialogów o wojnie.

 

Pokrzywnica: To nie jest przydługie opowiadanie, tylko mikropowieść! I mnie się to moralizowanie bardziej podobało niż mało wyrafinowany humor na początku. W ogóle pierwszy rozdział o mało mnie nie odrzucił od książki na dobre. Na szczęście  później zrobiło się lepiej. Sama bohaterka – bomba – jest tak absurdalna i zabawna (faktycznie: słodka) że już tam nic więcej śmiesznego nie chciałam. I pasowało mi, kiedy robiło się ciut poważniej. Jakaś równowaga w tym wtedy była.

 

Ciernik: Mnie moralizowanie nie przekonało. W końcu Ciernik to kolczasty wojownik! Te pacyfistyczne przemyślenia autora są po prostu wtórne. Wszystko to już było napisane wcześniej i znacznie lepiej. Wypadałoby posunąć się o krok dalej, bo antyarmia również w końcu zostanie pożarta przez rewolucję żarłoczną jak Saturn. Antyarmia przecież niczym nie różni się od armii, bo na pewno nie dobrowolnością wstąpienia do niej. Jeśli mnie pamięć nie myli, to nasza armia już od dobrych kilku lat jest zawodowa, a więc dobrowolna.

Masz rację, że największą wartością książki jest postać tytułowej Silly.

 

Pokrzywnica: W pewnym miejscu autor opisuje ją słowami innej postaci: „ona jest jak z kreskówki”. I właśnie dlatego żałuję, że nie znalazła się w świecie jak z filmu dokumentalnego. Bo nie tylko Silly, ale cały świat wykreowany przez Brzostowskiego jest jak z kreskówki i przez to słodka bomba ginie w tle. Brakuje kontrastu i bohaterka nie może zabłysnąć tak jasno, jak mogłaby.

 

Ciernik: No i jeszcze mocno rozczarowujące zakończenie. Czy może jego brak?

 

Pokrzywnica: Przecież wiadomo, jakie musiało być. To jak  z życiem – wiadomo, czym się skończy, a reszta to tylko detale. Nie zdziwiło mnie to zakończenie, ale i nie rozczarowało. Zakończenie nie musi być zaskakujące. Jesteśmy jako odbiorcy tak bardzo przyzwyczajeni do zaskoczeń, że naturalna, logiczna końcówka wydaje nam się niewłaściwa tylko dlatego, że nie zaskakuje. Moim zdaniem to dobrze, że od czasu do czasu ktoś łamie ten schemat i kończy spokojnie, łagodnie. Pokazuje figę naszym przyzwyczajeniom i oczekiwaniom. Uważam, że to zdrowo: dostać czasem figę od autora. Ale ortograficznych baobabów nie daruję!

Karolina Wilczyńska, „Performens”

Performens - Karolina Wilczyńska

Upolowane: Karolina Wilczyńska „Performens”, e-book

 

Pokrzywnica: Pożeranie książek bywa niebezpieczne. Zabrałam się do konsumowania „Performensu” Karoliny Wilczyńskiej, a ta książka się na mnie rzuciła i mnie pogryzła! Pióra mi z ogona powyrywała! No, jak tak można?

 

Ciernik: Ha! Ja też jestem pozytywnie zaskoczony, że coś, co z pozoru wyglądało jak serial „Rancho”, rozwinęło się w tak nieoczekiwanym kierunku!

 

Pokrzywnica: Bo ta Wilczyńska to jest sprytna lisica! Czytasz sobie leniwie, tu trawkę skubniesz, tam soczku popijesz, jesteś pewny swego, bo myślisz: Ech, nic nowego, już my znamy te historie o kobietach, które zaczynają nowe życie w sielskich klimatach, ziew! A wtedy autorka znienacka: Chaps! I już Cię ma!

 

Ciernik: Tak. Trzeba przyznać, że ładnie posłużyła się schematem – zrealizowała go do bólu, wprowadziła nas w sztampowy świat, by ostatecznie wywrócić wszystko na lewą stronę i zgrabnie się wywinąć. Bo przecież mamy tu wszystko, co w tego typu (narażę się niektórym, ale jednak użyję tego określenia: kobiecej) literaturze powinno być: zamożną bohaterkę, która pragnie zmienić swoje życie, miłość i jednocześnie lęk przed zaangażowaniem, tajemnicę do odkrycia i całą galerię postaci, z wioskowym głupkiem i niby to mądrym, dobrotliwym księdzem na czele. Pachnie Grocholą! Ale na szczęście autorka „Performensu” nie poszła na łatwiznę.

 

Pokrzywnica: Bo to wszystko jest zmyłką! Popatrz, co autorka robi odbiorcy: wydobywa na wierzch i uruchamia Wścibską Babę (bo każdy z nas ma w sobie taką łasą na plotki, Wścibską Babę, każdy, Ty też!) a potem tę Babę umiejętnie podkarmia i tuczy. Cali zadowoleni, że rozpoznaliśmy schemat, rozsiadamy się wygodnie i myślimy sobie: A, wiem co będzie dalej, ale poczytam, tak z ciekawości, jak tam sobie ta bohaterka radzi na wsi i jak się ten romans rozwinie… No i jak już całkiem stracimy czujność, to autorka tak nam przysoli, że się nogami nakryjemy. Bo nagle się okazuje, że to wcale nie jest książka o „performensie”, tylko ten „performens” właśnie się odbywa, a my, czytelnicy,  jesteśmy jego uczestnikami! Autorka niby to podsuwa nam lekką rozrywkę, a tak naprawdę, za jej pomocą próbuje nam coś zrobić! I to jej się udaje! Odkładasz tę powieść z poczuciem, że coś się zmieniło, coś się zdarzyło, w czymś wziąłeś udział. I to jest bardzo fajne. Na poziomie interakcji z odbiorcą Wilczyńska jest świetna. Trochę gorzej z językiem.

 

Ciernik: Językowo to jest robota rzemieślnika. Fajerwerków nie ma, kolców mi nie urwało, ale też nie jest źle. Trochę przezroczysty ten styl, bez polotu, czyli właśnie taki, jakim się teraz pisze książki rozrywkowe. No i niestety znów słabo z korektą. Tym razem w wersji .pdf jest spory problem z dialogami podzielonymi nielogicznie tam, gdzie nie powinny.

 

Pokrzywnica:  Na samym początku stylistycznie jest średnio – nadmiar imiesłowów, powtórzenia. Miejscami dialogi brzmią trochę sztucznie. Ale to się potem ładnie rozkręca, wygładza, chociaż od czasu do czasu można się o coś potknąć. Jedno powtórzenie mnie rozbawiło i zarazem wzruszyło: „Ciiii… – Uciszył ją ruchem ręki. Ból głowy jakby przycichł”. Oczami wyobraźni zobaczyłam w tym momencie piszącą autorkę, której ględzą nad głową, hałasują, przeszkadzają i ona tak prosi, błaga o tę ciszę, że aż jej się to do książki przelewa. Nie wolno, pod żadnym pozorem nie wolno przeszkadzać pisarzom, bo potem mamy takie kwiatki w powieściach! Ale takich potknięć jest niewiele, natomiast zgadzam się, że językowo autorce zabrakło… może odwagi? Przeczuwam, że stać ją na więcej w tej sferze, tylko akurat w tej powieści na to „więcej” się nie zdobyła.

 

Ciernik: Szkoda, bo gdyby „Performens” był napisany ciekawszym językiem, to byłby naprawdę bardzo dobrą powieścią.

 

Pokrzywnica: A wiesz, że to jest wznowienie książki z 2006 roku? Wiele wody od tego czasu w rzekach upłynęło, może autorka się rozwinęła?

 

Ciernik: Wznowienie? W takim razie autorce należy się ochrzan za to, że puściła niedopracowany produkt! Już ja będę pamiętał, żeby przyjrzeć się kolejnym jej książkom! Narobiła mi apetytu i zgłodniałem.

 

Pokrzywnica: Ochrzan? Nie przesadzasz? Zaraz ochrzan… Ciernik głodny, to zły, tak?

 

Ciernik: Zaraz zły…

Powiedz lepiej, jak myślisz, dlaczego tak dobry materiał, jak „Performens” nie poszedł w tradycyjnym wydawnictwie? Czyżby większość wydawców to, co my uważamy za zaletę, uznała za słabość książki? Mogło tak być, no bo jak znaleźć target na coś, co na początku wydaje się aż do bólu schematyczne, by po pewnym czasie zrobić z czytelnikiem fikołka?

 

Pokrzywnica: Dlaczego powieść nie została wydana tradycyjnie? Nie wiem, może językowo była za słaba? A może wydawcy wolą schematy od literackich „performensów”? My przecież nawet nie wiemy, czy autorka w ogóle chciała to wydawać tradycyjnie, czy próbowała. Bo Ty tu o produkcie, o targecie… Wydawcy też tak muszą myśleć, kombinować, kalkulować: opłaca się czy nie… A dla autorki my nie jesteśmy żadnym targetem, tylko towarzyszami podróży, ona nam nie oferuje produktu, tylko emocjonalno-intelektualną przygodę. Może jej akurat taki tradycyjny, kalkulujący wydawca tylko by przeszkadzał?

Tak czy inaczej, trzeba się rozejrzeć, czy Karolina Wilczyńska nie zastawiała ostatnio jakichś nowych pułapek na małe, książkożerne zwierzęta. Bo jeżeli tak, to może… damy się złapać?!

 

Ciernik: A i owszem, chętnie!

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/karolina-wilczynska-performens

Marek Nagrodzki „Opowieści z Elektronowego Lasu”

Upolowane: Marek Nagrodzki „Opowieści z Elektronowego Lasu”, e-book

 

Ciernik: I co powiesz o tej zdobyczy? Da się zjeść, prawda? Nie powiem, żeby mnie porwała, ale była to nawet miła lektura.

 

Pokrzywnica: Patrząc na tytuł i rysunki, spodziewałam się czegoś w rodzaju „Kubusia Puchatka” skrzyżowanego z „Bajkami robotów”. Trochę racji miałam. Ale tylko trochę.

 

Ciernik: Trochę tak. Bo książka Nagrodzkiego przypomina „Bajki robotów” tylko przez chwilę, na początku. A później to już wygląda bardziej jak skrzyżowanie „Shreka” z Pratchettowskim „Światem Dysku”.

 

Pokrzywnica: W dodatku strukturą przypomina grę: intro, plansza, przygoda, przejście do następnego etapu, plansza, przygoda… Zabawa, nieustanna zabawa. Podobało mi się to, że przez cały czas miałam wrażenie, iż w tym wszystkim bierze udział jakieś dziecko. Jakiś chłopiec prosił autora: Niech tam będą wybuchy! I smok! I piraci! Autor z początku chciał o elektronach, o wszechświatach równoległych, ale dzieciak nie. Bo dzieciak kocha pirotechnikę, nie fizykę czy filozofię! Ciekawe, czy to syn albo wnuk autora, czy jego wewnętrzne dziecko?

 

Ciernik: Chyba wewnętrzne dziecko, bo ja odniosłem wrażenie, że „Opowieści z Elektronowego Lasu” to jest zapis sesji RPG prowadzonej po kilku piwkach bądź po dobrym skręcie…

 

Pokrzywnica: A właśnie! Pijaństwo mi jakoś nie pasowało do opowieści dla dzieci. Nie to, że nie można, ale nie każdy jest Saint-Exupérym, nie każdy umie przedstawić sylwetkę Pijaka w sposób odpowiedni dla dzieci. W „Opowieściach…” zawsze, gdy pojawiała się knajpa Pod Iglastą Jodłą, robiło się znienacka strasznie dorośle. A potem znów dziecinnie. Jak się ten trunek nazywał? Megasiarczan? Właściwie to szkoda, że autor bardziej postawił na wygłupy niż na neologizmy. Bo niektóre z nich naprawdę mi się podobały, na przykład „metafura” albo Pan „Fałdalny”.

 

Ciernik: Książka jest rzeczywiście bardzo nierówna. Tempo, klimat, humor, głębia – wszystko zmienia się z rozdziału na rozdział. Od biedy mógłbym przyjąć, że to było zamierzone, że miało podkreślić wszędobylski pierwiastek chaosu, ale chyba jednak nie. Wygląda raczej na to, że autorowi zabrakło konsekwencji albo może książka była po prostu pisana przez dłuższy czas, odstawiana na bok, a potem uzupełniana kolejnymi historiami? Językowo nie jest źle, ale mnie także brakuje tutaj większej odwagi i pójścia za ciosem.

 

Pokrzywnica: Właśnie przez tę nierówność doszłam do wniosku, że jest to nieco tylko przekształcony opis rozmaitych zabaw z dzieckiem, a nie typowa, przemyślana od początku do końca książka. To raczej coś, co powstawało spontanicznie, na zasadzie: jeśli któregoś dnia mamy w domu pełno tekturowych pudełek, to w książce pojawi się Kraina Tektury, a jeśli niedawno czytaliśmy razem Tuwima, to będzie lokomotywa. I ona nawet nie potrzebuje torów, żeby się poruszać! Czysta zabawa, w której możemy pominąć tak nieistotny drobiazg, jak tory dla lokomotywy. I jest w „Opowieściach z Elektronowego Lasu” nawet charakterystyczna dla zabaw dziecięcych monotonia. Bo dzieci lubią powtarzać to samo. Dorosły się nudzi: Znowu wybuch? Błagam, tylko nie to!, ale dziecko bez tych udawanych bomb i granatów żyć nie może, więc dorosły czasem ucieka do knajpy ukrytej w drzewie czy do równoległego (albo, jak twierdzi autor, czasem nawet prostopadłego) wymiaru. Jako opis relacji dorosłego z dzieckiem ta książka jest bardzo prawdziwa.

 

Ciernik: Ale na dłuższą metę to jest męczące. Mnie znużyło, bo co to za przyjemność: być zmuszonym do zabawy z cudzym dzieckiem? Na dodatek trafiają się literówki – to chyba rzeczywiście standard w publikacjach SP.

 

Pokrzywnica: Literówki i inne błędy są dlatego, że Nagrodzki, jak chyba większość selfpublisherów, sam sobie robił redakcję. A tekst potrzebuje świeżego oka. Cudzego. To jest naprawdę ważne – nawet jeżeli autor świetnie zna język polski – redakcja (i potem najlepiej jeszcze korekta) robiona przez inne osoby. Bo własnych błędów się po prostu nie widzi.

 

Ciernik: A zastanawiałaś się, czy jest jakiś klucz do zaprezentowanych nam historii? Co odróżnia te bajki od innych, klasycznych bajek?

 

Pokrzywnica: Przecież „Opowieści z Elektronowego Lasu” to nie są bajki! To jest oparty na strukturze gry komputerowej zestaw opisów spontanicznych zabaw z użyciem wyobraźni. Tylko trudno tu znaleźć adresata – dla dzieci niektóre rozdziały będą niezrozumiałe, dla dorosłych książka może okazać się, jak sam zauważyłeś, trochę nudna.

 

Ciernik: Rzeczywiście, bajki to nie są. Nawet nie bajki dla dorosłych, chociaż i alkohol, i śmierć się tam bohaterom przydarza. Ale „Opowieści…” mają wielką zaletę: bardzo ucieszyła mnie ich… pogańskość! Dobrem nie jest jakiś Bóg, utrzymujący wszystko w ryzach, kontrolujący wszechświat samym swym istnieniem, narzucający jedyne słuszne definicje dobra i zła. Dobrem, normą, jest stan ciągłego ścierania się przeciwieństw, tymczasowego szaleństwa i równie ulotnego spokoju, niczym w naturze. Rozmaite zwariowane postacie, wcielone archetypy, świry pędzą tu w kółko, niczym w szalonym teledysku i nikt nad tym nie czuwa, bo czuwać nie trzeba! Niszczenie i tworzenie jest oczywistością. Złem natomiast jest stagnacja, nudna wieczność pod postacią nieumarłych. Złem są zbiry próbujące narzucić wszystkim mieszkańcom Lasu swoje prawa zacierające indywidualność. Wymowa książki jest taka, że lepiej być szaleńcem, wyrzutkiem, anarchistą stanowiącym własne prawa, niż nudziarzem. Nawet Przykładny Obywatel, który dobra wiecznie pragnie, zawsze czyni chaos.

 

Pokrzywnica: „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro”? Czyli Niedźwiedź Przykładny Obywatel jako antagonista Mefistofelesa? Odważne odczytanie, nie powiem, hihi! Ale kto wie? W końcu mamy w „Opowieściach z Elektronowego Lasu” sporo aluzji i nawiązań. Szkoda tylko, że niektóre są tak łopatologicznie podane. Wspominałam już, że spodziewałam się czegoś w stylu „Kubusia Puchatka”? No to zachichotałam, kiedy Niedźwiedź wszedł do knajpy, a tam ktoś na jego widok mruknął: „O, Niedźwiedź! Krzychu, może to ten twój?”. I tyle by wystarczyło. Bez wymieniania zwierząt ze Stumilowego Lasu, bez ustawiania Alicji przed lustrem i tak dalej. Autor się bawi na całego i zabiera czytelnikowi wszystkie zabawki. Dlatego myślę, że tego Antymefistofelesa też by łopatą podał…

 

Ciernik: Ale ja nie twierdzę, że zrobił to z premedytacją! Pewnie po prostu dał się ponieść nieświadomości, co wyszło książce na dobre. Ma dzięki temu jakiś urok.

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/marek-nagrodzki-opowiesci-z-elektronowego-lasu

Szymon Adamus „Trójka”

Upolowane:  Szymon Adamus „Trójka”, e-book

 

Ciernik: Zaczaiłem się na tę książkę, bo skusiła mnie promocja w sieci. Kilka razy trafiłem na sugestywną i przykuwającą wzrok okładkę, a tekst znalazł się w obu edycjach Cyfrowej Kultury. Jednak muszę przyznać, że nie jestem z tej zdobyczy zadowolony. A Ty?

 

Pokrzywnica: „Trójka” to kwaśny, niedojrzały owoc – taki powieściowy wcześniak, który powinien jeszcze poleżeć w inkubatorze, ukształtować się, rozwinąć. Tymczasem został przedwcześnie wypchnięty na świat. Niepotrzebnie.

 

Ciernik: Rewelacji się nie spodziewałem, ale miałem nadzieję, że miło spędzimy czas przy całkiem znośnej SF. Zamiast niej, dostaliśmy jednak zestaw klisz rodem z amerykańskich filmów. Zęby bolą, zwłaszcza przy dialogach.

 

Pokrzywnica: Autor jest niewątpliwie twórcą pomysłowym i wyobraźni mu nie brak. Nie potrafi jednak swoich atutów wykorzystać – tam, gdzie mógłby olśnić odbiorcę imponującą wizją, jest nudno i męcząco. To jest, niestety, skutek niedostatecznych umiejętności warsztatowych. Na początku myślałam, że autor po prostu oszczędził na redakcji (koszmarny błąd!), ale w miarę czytania utwierdzałam się w przekonaniu, że nawet gdyby jakiś redaktor nad tą powieścią pracował, to najdalej w połowie zwątpiłby i uciekł.

Autor bowiem kompletnie nie panuje nad językiem i brak mu elementarnego wyczucia. Pisze na przykład tak: „Posklejane powieki Kate lubiła rozdzielać kawą tak czarną, że można ją było pomylić z ropą”. Albo tak: „śmierdzący tanim proszkiem mundur, na którego szorstkich rękawach można by obierać ziemniaki”.

Tu nawet redaktor nie pomoże. Po prostu twórca nie był jeszcze gotowy do napisania książki. Zamiast powoli, cierpliwie dopieszczać pomysł, pisząc wprawki, rzucił się od razu na powieść. Wyszło słabo. W „Trójce” aż roi się od błędów, ale te proste, jak „krótko ogolony mężczyzna” czy „klasyczny, a w zasadzie anarchiczny pistolet” albo „kelner przyniósł jej drinka, którego pochłonęła jednym duszkiem” można poprawić. Natomiast te wszystkie nieudane metafory, fatalna budowa zdań, brak dbałości o tempo narracji, klisze… Tu już, niestety, redaktor będzie bezradny, bo to działka autora. A ten zawiódł.

Sam pomysł na książkę nie wystarczy. Trzeba jeszcze umieć ją napisać.

 

Ciernik: Tak. Nieporadne metafory wryły mi się w pamięć mocno i to chyba jedyne, co z tej książki pamiętam. „Trójka” jest płaska i bezbarwna. Nie uratowały jej zmyślne gadżety. Technologia w pewnym momencie staje się nieodróżnialna od magii, zgodnie ze słowami A.C. Clarka, ale te fajerwerki nie ratują bezwymiarowej treści, słabej psychologii postaci.

Autor sporo miejsca poświęcił, co prawda, na zbudowanie portretów psychologicznych bohaterów – wprowadzając postacie, podał ciekawe fakty z ich życia, ale co z tego, skoro później kompletnie nie poszedł tym tropem, a zachowanie postaci nijak się ma do ich wstępnego opisu?

 

Pokrzywnica: Bo autorowi zabrakło umiejętności. Wygląda na to, że nie był również pewien, co właściwie chce napisać: łatwą, schematyczną, typowo rozrywkową sensację z elementami fantastycznymi czy może jednak powieść z głębią, z rozważaniami o naturze człowieka oraz ważnym przesłaniem. Powinien pozwolić temu pomysłowi dojrzeć. I powinien także pozwolić dojrzeć samemu sobie, przemyśleć różne sprawy, popracować nad warsztatem. Powiedz mi, po co ludzie się tak spieszą z publikacją?

 

Ciernik: Trzeba by zapytać wszystkich tych, którzy popełnili falstart. Ja myślę, że kierują nimi jakieś wielkie uczucia, którymi darzą albo siebie, albo swój twór. Pytanie tylko: jaki to rodzaj uczuć? Może nienawiść? Bo przecież robią sobie w ten sposób krzywdę – wywalają na śmietnik coś, co przez przynajmniej kilka miesięcy było ich obsesją (chyba bez jakiegoś rodzaju obsesji nie da się napisać debiutanckiej książki). A może to miłość? Może są tak bardzo zakochani w swoim dziele, że chcą, aby inni również mogli poczuć te emocje? Tylko nie jestem pewien, czy to jest miłość do własnej książki, czy może raczej do obrazu „Ja, pisarz”. Obawiam się, że niestety, chodzi o to drugie. Niestety, bo  przez to wielu początkujących autorów nie jest w stanie spojrzeć na swoją twórczość z niezbędnym dystansem.

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/upolowane-szymon-adamus-trojka-e-book

Aleksander Sowa „Enter”

Pokrzywnica: Zachęta brzmi tak: „to cyfrowa opowieść multisensoryczna o miłości, samotności, uczuciach. Eksperyment formy łączący (w formacie PDF po podłączeniu do Internetu i systemu audio) obraz, dźwięk i tekst (w innych formatach) dźwięk i tekst (…) Są zapiski o miłości, samotności, pięknie, złu, bólu, wspomnieniach, czasie i przeznaczeniu. Skażone nihilizmem tchną ogromnym ładunkiem smutku a każdy z nich to uniwersalna historia dotykająca ważnych dla każdego człowieka spraw”.

 

Ciernik: Myślisz, że taka forma ma w ogóle sens? Ja nie jestem przekonany.

 

Pokrzywnica: Popróbujmy. Zobaczymy, jak smakuje.

 

Ciernik: Liznąłem. Nie smakuje.

 

Pokrzywnica: Ech. Masz rację. Dziób mi skleiło gumą do żucia, ale go jakoś (nadludzkim wysiłkiem!) rozewrę i powiem, że bohater ma pecha do kobiet, a autor – do muz.

 

Ciernik: A też odnosisz wrażenie, że jednego od drugiego trudno odróżnić?

Pokrzywnica: Łatwo odróżnić. Bohater to treść. Autor to forma. Usprawiedliwienie bohatera  brzmi tak: „Spotykam kobiety, które są jak w najgorszych snach. Jeśli boli – piszę, aby bolało mniej. Nie interesuje mnie czy to poezja, czy pisanina. Ważne, że pomaga”. Autor nie ma usprawiedliwienia.

Nie ma nic złego w tym, że bohater spotyka złe kobiety. Ale fatalne jest to, że autor nie spotkał dobrej muzy. Wiesz, czym się różni dobra muza od złej?

 

Ciernik: Czym?

 

Pokrzywnica: Zła muza powie twórcy: Jejku, jakie to wzruszające! Ty książki powinieneś pisać! I biedny, naiwny autor leci i pisze. Grafomanię. Że pisze, to jeszcze nic strasznego, skoro dzięki temu go mniej boli. Gorzej, że to później publikuje. I wtedy ból czuje czytelnik.

Gdyby autor spotkał dobrą muzę, to by mu powiedziała: Przestań wciskać kity o gwiazdach, sercach, umieraniu i gorzkich łzach! Mów, co czujesz, co naprawdę czujesz, zamiast chować się za łatwą paplaniną. Mów prawdę – taką, jaka jest!

Dobra muza potrafi zmusić autora, żeby pisał autentycznie. Z samego wnętrza. Żeby się rozebrał ze wszystkich koszulek, rajtuzków, śliniaczków i kokardek. Żeby stanął w tekście nagi i bezbronny, piękny i straszny. Wtedy autor nie napisze banału jak z wiejskiej dyskoteki: „Bo znów siedzę sam wśród czterech ścian i tylko z Tobą płonąć chcę. Chcę jeszcze raz z Tobą być, jeszcze raz dotknąć, jeszcze raz uwolnić sny”. Nie napisze tak, bo dobra muza będzie go dręczyć, pytając ciągle i uparcie: Dlaczego wśród czterech ścian, a nie, na przykład, pięciu? Skoro „znów sam, to kiedy był poprzedni raz i jak to wtedy było? Co to znaczy „jeszcze raz z tobą być? Jak konkretnie być? I dlaczego raz za razem, a nie ciągle? Jeszcze raz dotknąć, ale jak? Ramienia dotknąć czy małego paluszka? A może z liścia przyłożyć? Skoro chcesz uwolnić sny, to dlaczego po prostu nie pójdziesz spać? A może to nie sny chcesz uwolnić, tylko coś całkiem innego?

Dobra muza rozebrałaby go, jak cebulkę, warstwa po warstwie, z tych wszystkich „wzruszających” ubranek. Do gołego mięsa. I może wtedy powstałaby dobra książka. Ale autor dobrej muzy nie spotkał. Pół biedy, gdyby nie spotkał żadnej – może wówczas schowałby te notatki ze swojej przeciwbólowej terapii do szuflady i też nie byłoby źle. Ale miał pecha i spotkał muzę złą, która mu powiedziała: Książki powinieneś pisać! No i mamy zestaw lepkich baloników z gumy do żucia, nadmuchanych banałem i kiczem. Aż głupio czytać – człowiek czuje jakiś taki żal przy lekturze, jakiś wstyd, jakieś zażenowanie. A temat przecież nie jest zły – miłosny, wieczny, odwieczny…

 

Ciernik: Chyba masz rację. Co ciekawe, znalazłem jeden w miarę sensowny rozdział, i to właśnie był rozdział, w którym autor nie uciekał tak bardzo w banały i wyświechtane klisze rodem z tekstów zespołu Ich Troje. Pisał o tym, jak sypie się związek, co się dzieje po kolei, rozkładał to na czynniki pierwsze. I w tym była jakaś prawda. Potem znalazłem jeszcze jedno fajne zdanie, ale po chwili zdałem sobie sprawę, że to jest zdanie ukradzione Allenowi.

 

Pokrzywnica: Tam jest w ogóle sporo cytatów niezaznaczonych jako cytaty. Autor nie szuka własnych słów, tak jak nie szuka własnej prawdy. Posługuje się tym, co łatwe i wygodne. Dlatego chybia. Myślę, że wiedział, a przynajmniej przeczuwał, że chybia, że coś jest z tą książką nie tak, bo później włożył  tyle troski w formę: układ tekstu, linki, obrazy i muzyka w tle… Tylko to wszystko stanowi tu niepotrzebny ozdobnik, bo mięsa nie ma…

 

Ciernik: Nie ma. I dlatego nie wiem, czy jest sens rozmawiać o treści, bo ta jest płytka i banalna. Na dodatek dziwnie się czułem, gdy narrator zwracał się do mnie jak do kobiety.

Z ciekawości wszedłem na stronę autora. Płodny on, niczym Andrzej Pilipiuk. Czy przy takiej częstotliwości wydawania jest szansa, żeby pisać lepiej? Przecież książka wymaga czasu: na przemyślenie, napisanie, redakcję, korektę (ta też w „Enterze” kuleje).

Przypadek Aleksandra Sowy jest szczególny o tyle, że próbuje on połączyć wydawanie książek z mechanizmami działania internetowego marketingu. Żeby zaistnieć w Internecie trzeba stawiać na bardzo częste publikowanie, a na tym, niestety, musi cierpieć jakość. Sowa, poza powieściami, wydaje jeszcze poradniki dotyczące legendarnego fiata 126p. Autor płodny, ale jakość nie powala. Powinniśmy sięgnąć po jego najnowszą powieść, żeby powiedzieć coś więcej o tym fenomenie, bo to chyba jedyny selfpublisher, który w pełni zasługuje na to miano – uosabia zalety SP, ale zarazem  potwierdza, że oskarżenia rzucane pod adresem tej formy publikowania przez tradycyjnych wydawców i autorów są jednak uzasadnione.

Wracając jednak do hipertekstu: gdyby treść była OK, to czy myślisz, że taka forma ma w ogóle sens? Bo moim zdaniem więcej w tym minusów niż plusów. Na przykład trzeba zapomnieć o jakiejkolwiek sensownej fabule, można tylko pisać jakieś oderwane od siebie fragmenty. Druga sprawa: muzyka puszczana z YT, też trochę mija się z celem, bo niby ma to podkreślać klimat tekstu, ale jeżeli kawałek ma, powiedzmy, 5 minut, to czytelnik już dawno czyta inny fragment z innym klimatem, szczególnie przy takiej połamanej formie. Poza tym linki z YT czasami znikają i w przypadku „Entera” zdarza się tak, że przekierowuje na pustą stronę. Odsyłanie do wierszy wiszących gdzieś w necie ma chyba więcej sensu, ale przecież równie dobrze wiersz mógłby być w tekście, zwłaszcza przy takiej książce jak „Enter”, który próbuje przecież być prozą poetycką. Jak dla mnie hipertekst to ślepy zaułek.

 

Pokrzywnica: Nie zgadzam się. Uważam, że hipertekst daje różne ciekawe możliwości. Tylko trzeba mieć pomysł na opowieść hipertekstową z natury, to znaczy taką, której nie da się opowiedzieć inaczej. Taką, której czegoś by zabrakło, gdyby była opowiadana w tradycyjnej formie. „Enter” taki nie jest. Nawet gdyby był napisany dobrze, to hipertekst byłby tu jedynie ozdobnikiem.

 

www.leniwiecliteracki.pl

Źródło materiału: http://leniwiecliteracki.pl/dyskusja/aleksander-sowa-enter-e-book
"Profesjonalny pisarz to amator, który nie zrezygnował."

Richard Bach